To nie tylko 90 minut

1.

Spotkaliśmy się wszyscy o siódmej rano na uroczym dworcu w Katowicach. Czekała nas długa podróż, gdyż mecz graliśmy w Szczecinie z bardzo atrakcyjnym rywalem, Pogonią Szczecin. Odjazd pociągu zaplanowany był na 7:43, ale oczywiście zgodnie z realiami PKP wyruszyliśmy pół godziny później. Zajęliśmy trzy przedziały. 18 zawodników plus kadra szkoleniowa i medyczna. Komfort nie do pozazdroszczenia. Gdy szyny zaskrzypiały pod naciskiem mocno już zmęczonych długowiecznością wagonów, koledzy zajęli się oczywiście pokerem, bardzo popularną grą podczas wyjazdów na mecze. Nie tracę czasu na androny i zatapiam się w lekturze. Jest ciekawa, bo dotyczy życia i twórczości Tadeusza Nalepy. Po dwóch godzinach, lekko znużony monotonnym oddechem pociągu, spoglądam przez okno. Podziwiam krajobraz kolejnych miejscowości, na przemian domy, na przemian drzewa, po łukach wślizgują się w toń. Podczas tych osobistych medytacji dochodzą do mnie głosy moich kompanów (Wchodzę… Sprawdzam… Full…) i przerywają mi moją myśl. Powracam do Nalepy. Po godzinie nie słyszę już żadnych znanych mi męskich głosów. Wręcz przeciwnie. Da się wyczuć spokojny oddech, a w poprzednim przedziale majaczenie senne drugiego trenera. Towarzystwo lekko budzi się z drzemki w Dobiegniewie. W Choszcznie już słyszę niewinne rozmowy kolegów, a już w Stargardzie Szczecińskim większość stanęła w przejściu i chłonęła widoki tego legendarnego miasta. Powoli czułem, że mój żołądek (nie tylko mój) domaga się jakiegoś bodźca, dlatego gdy pani spikerka wypowiedziała tak oczekiwane od Katowic słowa jak: Szczecin Główny, to wyczułem powszechną euforię.

2.

Jako jeden z najmłodszych wychodziłem z pociągu nie tylko ze swoją torbą. Na dodatek jakiś straszy człowiek, mocno zaciekawiony celem naszej wizyty w jego mieście, zaczął we mnie strzelać gradem pytań. Wywinąłem się z tej konwersacji jednak szybko i podążyłem do autokaru za kolegami. Ten nas podwiózł pod sam hotel na obrzeżach Szczecina. Warunki dobre, ale głodny człowiek nie zastanawia się nad jakością łazienki czy telewizora, tylko myśli o pokarmie, więc rzuciliśmy torby do pokoi i zaatakowaliśmy stołówkę. Tam, skądinąd bardzo miłe kelnerki raczyły nas swoją urodą i przysmakami. Trwanie w tym błogim stanie i nasze rubaszne gierki przerywa trener. Informuje, że mamy godzinkę odpoczynku, a później wyjeżdżamy na trening. Rozchodzimy się do pokoi. Każdy z piłkarzy cieszy się, że może wreszcie wyprostować kończyny dolne na wygodnym łożu po kilkunastu godzinach krępacji w pociągu. O łóżka rozpoczęła się pierwsza mała kłótnia. Otóż w pewnym trzyosobowym pokoju były dwa łóżka: jedno większe dla dwóch osób. Oczywiście facet z facetem w większości sytuacji raczej nie lubi wspólnie nocować, więc Damian z Łukaszem (bo na nich wypadło) zaprotestowali. Kierownik nasz, znany z ciętego dowcipu, oczywiście nie zamierzał interweniować u władz hotelu. Odwrotnie. Z największym luzem stwierdził do naszego pomocnika i napastnika: „Łoże wspólne, lecz przytulne”. Hasło kierownika świetnie wpłynęło na kondycję naszych mózgów i w takim nastroju wyjechaliśmy na ostatni trening przed meczem. Boisko znajdowało się w Gryfinie. Bardzo malownicza miejscowość. Świetnie przygotowane miejsce treningowe, a wokół niego krzewy, drzewa, kwiaty. Do tego kapitalne, świeże, morskie powietrze. Miła odmiana dla naszych śląskich, górniczych płuc (wszak gramy w Górniczym Klubie Sportowym). Po krótkich zajęciach i kolacji wracam do pokoju dokończyć w łóżku moją książkę i układam się do snu. Z sąsiedniego pokoju dobiegają przeraźliwe krzyki. Moi koledzy znowu się emocjonują, tym razem grą komputerową. Na szczęście nie przeszkadza mi to po chwili znaleźć się w przyjemnej krainie snu.

3.

Promyki słońca wdzierają się poprzez szczelinę do naszego pokoju. Ożywczy wiaterek szeleści i zmusza roletę do ruchu. Natura pomaga nam wstać na śniadanie. Piłkarze nie są przyzwyczajeni do wczesnego wstawania, więc pierwszy posiłek odbywa się w grobowej ciszy. Słychać tylko brzdęk łyżeczek i lecący strumyk herbaty bądź mleka ze zbiorników do filiżanek. Trener widząc naszą mocno zminimalizowaną aktywność wstał od stolika i głębokim barytonem zapowiedział rozruch. Nasze pobudzenie zawdzięczamy piłkom lekarskim i miłemu laskowi, który wzniósł się chyba dość dawno nieopodal naszego miejsca spoczynku. Podczas obiadu wyczuwam po drużynie lekki wzrost emocji, a do mojego narządu słuchu coraz częściej dobiega: Pogoń Szczecin. Zaczyna się gra, którą jeszcze bardziej rozwija odprawa przedmeczowa. Dowiedzieliśmy się w jakim składzie zagra nasz przeciwnik, w jakim my wyjdziemy zestawieniu personalnym oraz jakie mamy zrealizować założenia. W końcu nadszedł finał wyczekiwania na spektakl i znaleźliśmy się w autokarze, który obrał kurs: Szczecin, Stadion Miejski im. Floriana Krygiera. Im bliżej celu, tym wyczuwam w klatce piersiowej szybsze bicie serca. Po pięćdziesięciu minutach zauważamy rysy legendarnego stadionu, a kilka minut później już sprawdzamy stan murawy. Rozmawiamy sobie na środku placu gry. „Fura” pyta Daniela: – Strzelisz coś? Ten, pewny siebie, odparł neologizmem: – Pewka. (od „pewnie”, „jestem pewny”). W pewnym momencie „świątynię piłkarską” oblega głośny śpiew: „ Tylko zwycięstwo, GKS, tylko zwycięstwo”. To nasi kibice, którzy szczelnie wypełnili trybunę dla sympatyków drużyn przyjezdnych. Po zejściu do szatni i przebraniu się w odpowiednie szaty wyszliśmy na rozgrzewkę. Wielki stadion Pogoni powoli zaczął się zapełniać. O 20:00, przy blasku jupiterów, przy akompaniamencie widowni rozpoczęliśmy batalię o wygraną, która zakończyła się… podziałem punktów. 0:0. Nasi kibice podziękowali nam za walkę i ambicję. Po spotkaniu podeszliśmy do nich i wspólnie odśpiewaliśmy: BYŁ BĘDZIE JEST TYSKI GKS.

4.

Mocno zmęczony, ale w miarę szczęśliwy dotarłem wraz z zespołem na szczeciński Dworzec Główny. Marzyłem już, aby cały ekwipunek dać na stojaki i siąść spokojnie z kolegami w przedziałach. I tak się stało. Jednak w pewnym momencie spostrzegłem, że coś długo pociąg się rozgrzewa na peronie i nie chce ruszyć. Zauważyłem również wielką ilość policji na dworcu. Szybko sprawa braku punktualnego odjazdu się rozwiązała. Musieliśmy czekać na naszych kibiców. Wracają bowiem tym samym kursem co my. Życie ciągle nam przynosi oryginalne rozwiązania. Inna to była podróż niż poprzedniego dnia. Chłopcy już nie grali w pokera, ale rozgrywali „drugi mecz”, czyli analizowali wszystko, co się wydarzyło na boisku kilkadziesiąt minut wstecz. Udzielałem się w tej emocjonującej debacie. Zmęczenie jednak ma swój kształt i wzięło górę nad uczuciami. Rozmowy ucichły, a ja nałożyłem na uszy słuchawki i chłonąłem artyzm Niemena, Breakout i Martyny Jakubowicz. W pewnym momencie zauważyłem zwiększony ruch w korytarzu i mocno ożywionych kolegów. Wyszedłem więc z przedziału i spostrzegłem, że jesteśmy na Dworcu Głównym w Poznaniu. Niestety nasi kibice wybiegli z pociągu i przez to pociąg był mocno opóźniony. Dobrze, że komunikaty w stylu: „Kibice GKS-u Tychy proszeni są o powrót do pociągu” powiodły się i mogliśmy jechać dalej. Podróż upływała spokojnie, prawie trzy nasze przedziały już spały. W okolicach Wrocławia wyszedłem na korytarz, aby zaczerpnąć świeżego powietrza przez okno. Po chwili dołączył do mnie lekarz drużyny i zaczęły się „nocne rodaków rozmowy”. Zgadzam się z Adamem M., że są wiele warte. Obok nas przechodziły ABS-y (czyli Ci z absolutnym brakiem szyi). Zdziwiłem się w pewnym momencie, gdy wnieśli z zewnątrz, podczas jednego przystanku, metalowe pręty. Pomyśleliśmy sobie: „Po co im takie przyrządy?”. Mieliśmy jednak ważniejsze tematy, a do naszego grona dołączył jeszcze Krystian, który skarżył się na ostry ból biodra. Rzeczywiście mocno było spuchnięte. Po chwili wróciliśmy do kolegów w przedziałach, przyłączając się do ich wypoczynku.

5.

Jechaliśmy, jechaliśmy. Bubu! Bubu! Bubu! Te dźwięki: jednostajne, niegłośne, kołysały nas jak matka małe niemowlę. Przebudziłem się i przez okno zauważyłem charakterystyczne kominy. – Śląsk – pomyślałem – jesteśmy już prawie w domu. Pociąg jednak jechał z tą samą, dużą prędkością, jakby się spieszył, podobnie jak my, na niedzielne, rodzinne śniadanie. Moje oko, zmęczone, znużone i senne było zawieszone w próżni i bez przyczyny wypatrywało czegoś w zielonej otchłani za oknem. Nagle zobaczyłem w dość dużej odległości jakiś kolorowy dym i gromadę, nie wiedząc czy to sen, czy jawa. Hamulec ręczny jakiegoś pasażera przechylił szalę na jawę. Przeraźliwy zgrzyt kół i szyn kolejowych rozdarł nam prawie uszy. W wagonach sąsiednich, tam gdzie jechali nasi kibice, zaczął panować rwetes. Po chwili wiedzieliśmy, co się dzieje. Adrenalina nam podskoczyła, chyba nawet bardziej niż o 20:00 poprzedniego dnia. Po kolegach widziałem lekki strach, a już za chwilę mieliśmy pod oknem prawdziwy film akcji. Fani Górnika Zabrze wiedząc, że tyscy wracają z meczu wszystko zaplanowali i zaatakowali. Siedzieliśmy skuleni, a parę metrów obok, za szybą rozpoczęła się brutalna walka na siekiery i inne niebezpieczne narzędzia. Akurat nasz napastnik, Krzysztof Bizacki, legenda polskiej piłki, był w ubikacji i gdy zrozumiał „co się święci” , chciał wrócić szybko do swojego przedziału. Niestety koledzy mocno wystraszeni, trzymali drzwi rękami tak, aby nikt nie wszedł. „Bizak” zrozpaczony i zestresowany mocno nalegał na kolegów śląską (jego naturalną) gwarą: „Otwórzcie, przecież to jo!” i w końcu usiadł koło bezpiecznych, znanych twarzy. Całe niecodzienne wydarzenie trwało chwilkę. Później wszystko zamarło. Obszar został przysłonięty groźnym dymem a ziemię szpeciła cała gama niebezpiecznych wytworów człowieka. Trwała brutalna cisza, którą przerwał nasz lekarz, prosząc o pomoc w opatrywaniu ludzi. Po dwóch godzinach pociąg ruszył z miejsca i mocno spóźnieni, przy eskorcie policji, zawitaliśmy z powrotem do Katowic. Drużyna piłkarska powróciła z meczu…