Wywiad z Jackiem Zielińskim

Z Jackiem ZielińskimMiałem przyjemność współpracować z tym człowiekiem, kiedy to jeszcze w Ekstraklasie walczył Groclin Grodzisk Wielkopolski. Później nasze drogi się rozeszły, ale ponownie nadarzyła się okazja do porozmawiania. Po czterech latach znów mogłem usłyszeć, co ciekawego do powiedzenia ma trener Jacek Zieliński, tym razem nie z perspektywy klubowej szatni, a kawiarnianego stolika. Nie mogłem zresztą zmarnować takiej okazji, bowiem Ruch Chorzów, w którym pracuje obecnie trener, przygotowywał się do meczu z Podbeskidziem na obiektach Rekordu. Zapraszam więc do przeczytania rozmowy, jaką odbyłem ze szkoleniowcem „niebieskich” w klubowej kawiarence…

MŻ: Dobry wieczór, trenerze. Miło mi, że po paru latach możemy znów porozmawiać. Jest Pan po raz pierwszy na obiektach Rekordu. Jak wrażenia?

JZ: Pozytywne, choć nie mogłem jeszcze wszystkiego zwiedzić. Baza to podstawa. Od tego powinno się zaczynać… Nie od wyniku sportowego, ale właśnie od bazy szkoleniowej.

MŻ: Urodził się Pan w Tarnobrzegu, tam również zaczynał Pan swoją piłkarską karierę. Czym dla Pana było to miasto kiedyś, czym jest teraz?

JZ: Tarnobrzeg był zawsze dla mnie bardzo ważnym miejscem. Tam są moje korzenie, tam mam rodzinę, własny dom. Będę tam zawsze wracał. Nie planuję zmiany miejsca zamieszkania. Jakiś azyl człowiek powinien mieć, a mój azyl jest właśnie w Tarnobrzegu. Małe miasto, ale sympatyczne, ciche. Teraz już bez przemysłu, bo „Siarka” upadła, więc żyje się tam w miarę spokojnie.

MŻ: Wybrał Pan jednak życie, które zmusza do przeprowadzek i ciągłych wyzwań. Takim wyzwaniem było podjęcie próby komentowania meczów na EURO 2012. Cenne doświadczenie?

JZ: Nie traktowałem tej przygody w kategoriach poważnego wyzwania. Podjąłem się tego hobbystycznie. Było to takie przyjemne oderwanie od rzeczywistości i oczywiście możliwość oglądnięcia EURO „na żywo”. Doświadczenia bardzo cenne… Zawsze człowiek coś ciekawego podpatrzył. Ale nawiasem mówiąc: ja jako trener pracujący w zawodzie, nigdy nie będę komentował meczów klubów, w których pracowałem, ani zawodników, których trenowałem, bo to nie o to chodzi…

MŻ: Nie bez przyczyny powołali Pana do ekipy komentatorskiej, wszak jest Pan jednym z najbardziej wykształconych trenerów Ekstraklasy. Jak ważne jest wykształcenie w życiu człowieka?

JZ: Wykształcenie w życiu człowieka jest bardzo ważne! Ono rozwija człowieka, pozwala na świat popatrzeć inaczej. Natomiast w moim przypadku, to wykształcenie w pracy trenerskiej było „solą w oku”. Wielokrotnie przypinano mi łatkę trenera – wuefisty, tak jakby to był jakiś dyshonor… Poza trenowaniem piłki nożnej posiadam uprawnienia do nauki WF-u w szkole i się tego nie wstydzę! Podsumowując: wykształcenie jest ważną częścią życia człowieka, ale w Polsce traktowane przez palce…

MŻ: Może dość dziwne pytanie, ale ważne dla wiedzy młodych uczniów i z czystej ciekawości pragnąłbym go zadać. Urodził się Pan w 1961 roku, dojrzewał Pan w komunistycznym państwie Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Jak wyglądała szkoła w PRL-u?

JZ: Nie wiem czy moja wypowiedź będzie popularna, ale trudno… My urodziliśmy się w dość ciężkich czasach, ale prawda jest też taka, że ja szkołę i lata młodości wspominam bardzo dobrze. Rodzice mieli pieniądze, aby wykształcić mnie, siostrę… Nawet z dostępem do sportu nie było problemów, a nie tak jak teraz, że nie wszystkich na pewne posunięcia stać… Wszystko było poukładane, także jeśli o mnie chodzi, nie mam złych wspomnień związanych z PRL-em.  Potrafiłem skończyć szkołę, pójść na studia, grać w piłkę – wszystko oczywiście z pomocą Państwa… Tego, na który się tak teraz pluje.

MŻ: „Jacek był bardzo dobrym uczniem. W podstawówce i w liceum dostawał świadectwa z czerwonym paskiem” – to słowa Pańskiej mamy. Dobre oceny to skutek wrodzonych zdolności czy sumiennej nauki na lekcjach i w domu?

JZ: Myślę, że dzięki powiązaniu obu tych rzeczy. Byłem zdolnym uczniem i nigdy nauka nie sprawiała mi problemów, ale oprócz tego, cechowała mnie także pracowitość. Zawsze przykładałem się do tego, co robiłem. Tak zostało zresztą do tej pory… Nawiązując do ocen, zawsze starałem się mieć je jak najlepsze. Nawet warszawską AWF skończyłem z wysoką średnią. Myślę, że te moje cechy charakteru i chęć rozwoju, pomogły mi w przygodzie piłkarskiej i trenerskiej.

MŻ: Jak wspomina Pan okres studiów w warszawskiej AWF? Pytam, gdyż u większości ludzi lata studenckie wiążą się z ciekawymi anegdotami. Liczę, że Trener, też się takowymi podzieli…

JZ: AWF w Warszawie wspominam bardzo miło. Była to jedna z najbardziej prestiżowych akademii w Polsce. Teraz niestety ranga tej uczelni bardzo spadła… Ale wtedy, w latach osiemdziesiątych, mieliśmy silny zespół piłkarski, który walczył o awans do drugiej ligi. Bardzo fajne czasy, wspominam je z olbrzymim sentymentem. Anegdot rzeczywiście sporo by się znalazło, ale trudno tak na gorąco coś „wygrzebać” z pamięci…

MŻ: Wspominał Pan wcześniej o swoim zawodzie nauczycielskim. Pragnąłbym więc zadać pytanie związane ze szkołą. Jakiego nauczyciela potrzebowali uczniowie kiedyś, a jakiego potrzebują teraz? Czy te ich wymagania mocno się zmieniły?

JZ: Wymagania się nie zmieniły, choć czasy na pewno tak… Uczniowie wspominają najbardziej tych nauczycieli, którzy byli bardzo wymagający, surowi, ostrzy. Dzięki nim właśnie nabyli odpowiednią wiedzę i coś pozytywnego osiągnęli w przyszłości…

MŻ: Na koniec chciałbym, abyśmy wyobrazili sobie jedną sytuację. Wyjeżdża Pan w bieszczadzkie lasy na miesiąc. Którą z książek Kapuścińskiego wziąłby Pan ze sobą: Busz po polsku, Wojnę futbolową czy Cesarza?

JZ: Zdecydowanie Cesarza

MŻ: Dziękuję trenerze za rozmowę. Powodzenia w lidze i w życiu osobistym.

JZ: Dzięki, „Żyłka”. Do zobaczenia.