Wywiad z Marcinem Jacobsonem

z jacobsonemWszystko działo się bardzo szybko. W piątek przeczytałem w Gazecie Wyborczej, iż nazajutrz w Bielsku-Białej ma odbyć się spotkanie autorskie Marcina Jacobsona, który promuje swoje nowe wydawnictwo o „Stonesach” (The Rolling Stones Warszawa’67). Pojechałem więc w wyznaczone miejsce, posłuchałem ciekawych anegdot, a po oficjalnej części postanowiłem się Panu Marcinowi przypomnieć. Parę lat temu, kiedy jeszcze współpracował z TSA, często spotykaliśmy się na koncertach, a nawet korespondowaliśmy. Byłem jednak pewny, że tak powszechnie znany i zapracowany człowiek zapomniał o mnie. Nic podobnego. Gdy „pociłem” się  wspomnieniami, odparł: „Ale ja Cię doskonale pamiętam!”. Zamurowało mnie. Idąc za ciosem, zaproponowałem spotkanie. Wiedziałem, że Pan Jacobson wraca do Sopotu w poniedziałek, a więc została tylko niedziela. Udało się. Jestem już w domu, nadal pod ogromnym wrażeniem… Jeszcze tego nie wiecie, ale przed paroma godzinami miałem okazję porozmawiać z byłym menadżerem zespołów Dżem i TSA. Przed Wami Pan Marcin Jacobson – człowiek z wielkim bagażem doświadczeń i przeszłością nasiąkniętą rozmaitymi przygodami!

MŻ: Czesław Miłosz, Tadeusz Konwicki – to jedni z wielu pisarzy, chętnie odwołujących się do krainy swojego dzieciństwa. Jaka siła tkwi w rodzinnych miastach, że po latach tułaczki zazwyczaj ściąga nas z powrotem? Pytam, bo Pan właśnie wrócił do korzeni, do Sopotu …

MJ: Ja nie bardzo wiem na czym owa siła polega… Mogę się tylko domyślać. Mieszkałem przez 25 lat w Sopocie. Od urodzenia do okresu, w którym zacząłem wędrować po Polsce. W Bielsku- Białej przebywałem aż 23 lata. W końcu wróciłem na Wybrzeże… Być może ten czas dzieciństwa, szkoły, pierwszych przygód, powoduje, że po latach wracamy do źródeł. Mogę jednak dodać, że zwiedziłem bardzo dużo miejsc na świecie i wszędzie czułem się dobrze. Ojciec wpajał mi ciekawość świata. Pamiętam doskonale wspólne niedzielne spacery po lesie i to, co przekazywał. W tamtych latach było to dla mnie trudne, gdyż w czasie spacerów wyświetlali Zorro, ale z dzisiejszej perspektywy, jestem mu za te „leśne” lekcje bardzo wdzięczny. Dzięki nim nauczyłem się obserwować świat.

MŻ: Postać Konwickiego przywołałem celowo. Mam wrażenie, że w jednej ze swoich wypowiedzi, sparafrazował Pan sporą część Kompleksu polskiego. Stwierdził Pan, że Polacy są nietolerancyjni, tchórzliwi. Ponadto brakuje im dystansu do samych siebie. Z czego wynika taki obraz? Czy to uwarunkowania historyczne?

MJ: Mój pogląd wynika przede wszystkim z obserwacji. Zauważyłem, że Polacy nie wierzą w siebie. Nie przeszkadza im to jednak czuć się jednocześnie narodem „wybranym”. Nie wiedziałem, że Konwicki napisał coś w podobnym tonie (śmiech).

MŻ: Pojawiły się tytuły książek, nazwiska pisarzy. Lubi Pan literaturę?

MJ: Czytam bardzo dużo… gazet. Wstyd się przyznać, ale książek niewiele przeczytałem. Dziś żałuję, że w okresie szkolnym nie zaznajomiłem się z lekturami. Mam świadomość tych braków. Wtedy jednak byłem bardzo „zbuntowany”. Z drugiej strony, mój wędrowny tryb życia przeszkadzał w obcowaniu z książkami. Dzieło literackie wymaga skupienia, ciszy, spokoju. Dopiero teraz, mając w planach napisanie książki o swoim życiu, zacząłem czytać biografie. Pragnę znaleźć w nich klucz, który pomoże mi – w sposób atrakcyjny – „przelać” na papier własne doświadczenia.

MŻ: W I tomie książki pt. Grunt to bunt. Rozmowy o Jarocinie Witkowskiego, mówi Pan: „(…) mundur i broń robią nawet z pacyfisty innego człowieka. Przeżyłem to z obu stron barykady, służąc w wojsku i biorąc udział w historycznych zamieszkach na Wybrzeżu. Dziwne rzeczy dzieją się wtedy z człowiekiem. Pojawiają się reakcje, o które człowiek nawet by siebie nie podejrzewał”. Poważne słowa… Mógłby je Pan zgłębić?

MJ: Byłem naocznym świadkiem tego, co wydarzyło się w Gdyni 1970 roku. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jaki człowiek był nieświadomy. To był ten dzień, w którym zastrzelono człowieka i niesiono go na drzwiach pod budynek gdyńskiego Urzędu Miejskiego. Z Sopotu – wraz z moim kolegą – pojechaliśmy do Gdyni z ciekawości. Dopiero na miejscu okazało się, że jesteśmy na pierwszej linii frontu. Na własne oczy widziałem chłopaka, którego milicjant zastrzelił. Wynosiliśmy go stamtąd… Potem „suki” wjechały na pełnym gazie w tłum. Wyskoczyło ZOMO i zaczęło bić ludzi pałami, strzelać. Uciekaliśmy przez perony i nasypy kolejowe w kierunku lasu. Traumatyczne przeżycie. To jest jedna sprawa. Po pewnym czasie zostałem powołany do wojska. Przydzielono mnie do jednostki o zaostrzonym rygorze. Same zbuntowane głowy. Któregoś dnia mieliśmy ćwiczenia. Rozdzielono nas na „niebieskich” i „czerwonych”. Inaczej mówiąc: tu – przyjaciel, tam – wróg. Dano nam ślepe amunicje, granaty dymne itd. I wtedy naprawdę poczuliśmy się żołnierzami – w najgorszym tego słowa znaczeniu. W momencie, kiedy zaczęli nas atakować, broniliśmy się… Pomyślałem sobie wtedy, że gdyby to było „naprawdę”, potrafiłbym strzelać i zabijać. Od zawsze byłem pacyfistą, a tu taka myśl… Dorastałem na sopockich ulicach. Zdarzały się bójki „jeden na jednego” albo „miasto na miasto” – były to jednak tylko dziecięce „zabawy”. Natomiast doświadczenie wojskowe było poważne. Złapałem się na tym, że postawiony w określonej sytuacji, potrafiłbym zastrzelić.

MŻ: Czy film pt. Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł. Antoniego Krazuego oddaje dramatyczność tamtych grudniowych wydarzeń z 1970 roku?

MJ: Długo broniłem się przed oglądaniem tego filmu. Tamte zdarzenia przez kilkadziesiąt lat we mnie „siedziały”. Ten obraz… Chłopak podnoszący swój niebieski sweter i krzyczący do milicjanta: „Strzelaj chuju, strzelaj!”. Strzał. Śmierć. Nie mogłem o tym opowiadać, bo zaraz łzy cisnęły się do oczu. Musiało minąć sporo czasu. Film? Nie oddaje tych emocji. Fakty się zgadzają, ale aktorzy nie dorośli do tak poważnych ról. Reżyser nie dał sobie rady z powagą tematu. Bardzo podobnie jest z filmem o Riedlu… „Skazany na bluesa” to nie jest opowieść o Riedlu! To opowieść pokazująca, w jaki sposób mały Janek wyobrażał sobie Riedla.

MŻ: Zmieńmy nastrój… Skoro pojawiło się wcześniej hasło: „Jarocin”, to zatrzymajmy się przy nim na chwilę. Urodziłem się w roku 1989 i niestety nie miałem możliwości tego przeżyć. Dziś czytam i oglądam wszystko, co związane z tym legendarnym festiwalem, ale to oczywiście nie odda w pełni tamtejszych realiów. Będzie to może pytanie banalne, ale muszę go zadać… Czym był Jarocin dla Pana?

MJ: My, jako organizatorzy „Jarocina” i Muzyki Młodej Generacji, staraliśmy się okpiwać władzę. Pragnęliśmy tworzyć enklawę normalności. Zresztą dużą rolę odgrywały wtedy również kluby studenckie. Kolorowe, zaangażowane… Chcieliśmy dorównać Europie! Drukowaliśmy plakaty, w czasach, kiedy nie było papieru. Działaliśmy z pasją. „Jarocin” miał za zadanie także pomóc młodym, nieznanym zespołom. Dzięki Festiwalowi i jego świeżym dźwiękom, polski rynek muzyczny został wywrócony do góry nogami. Ponadto, Festiwal w Jarocinie miał ogromny wpływ na myślenie młodych ludzi. Siła „Jarocina” polegała na tym, że odmieńcy z małych miasteczek i wsi, znajdowali podobnych do siebie. Przyjeżdżali i wołali: „Wow! W Polsce żyją podobni ludzie do mnie. Nie jestem sam! Nie jestem chory psychicznie!”.

MŻ: Był Pan menadżerem takich grup muzycznych, jak: Krzak, Akurat, Martyna Jakubowicz, Dżem, TSA… Wielką rolę w kształtowaniu mojego światopoglądu odgrywają te dwa ostatnie. Czym się różniła praca z Dżemem od pracy z TSA?

MJ: Różnica była znaczna… Ja od członków zespołu Dżem byłem starszy. W tamtych czasach posiadałem określoną pozycję na rynku, a oni o branży nie wiedzieli kompletnie nic. Decydowałem w zasadzie o wszystkim. Chłopcy obdarzyli mnie ogromnym kredytem zaufania, za co jestem im ogromnie wdzięczny. Z Ryśkiem Riedlem miałem początkowo wspaniały kontakt. Reszta zespołu była lekko wycofana. Musiałem ich nauczyć wielu rzeczy, począwszy od takich drobiazgów: „jak zachowywać się na scenie”, „jak się ubierać” itd. Sytuacja pogorszyła się w momencie głębokiego „zanurzenia” Ryśka w nałogu. Postawiłem wtedy warunek, na który zespół początkowo przystał, ale w sytuacji krytycznej – kiedy Rysiek powinien zostać zwolniony – się z tego warunku wycofał i dał mu jeszcze jedną szansę. Oprócz tego, czułem się wypalony. Zbieg tych zdarzeń spowodował nasze rozstanie. TSA? Spotkałem po prostu facetów, którzy w branży zrobili już wszystko. W zasadzie byli na etapie odcinania kuponów… Mieli tego świadomość. Musiałem ich na początku „obedrzeć” z iluzji, bo siedzieli jeszcze w butach z tamtych czasów, kiedy to byli megagwiazdami. Rzeczywistość, w której powrócili na scenę, była już niestety zupełnie inna. Za swój ogromny sukces uważam fakt, iż udało mi się ich namówić do nagrania płyty Proceder. Moim zdaniem, jest to bardzo dobra płyta. Żałuję, że nie osiągnęliśmy porozumienia w sprawie materiału akustycznego, bo został naprawdę wspaniale i profesjonalnie przygotowany. Z pewnością byłby to ogromny sukces.

 MŻ: Myśli Pan, że Proceder doczeka się następcy?

MJ: Myślę, że nie… Oni nie czują takiej potrzeby. Więzi wewnętrzne uległy rozluźnieniu. Trzeba też przyznać, że wszyscy się starzejemy, a w związku z tym coraz trudniej wychodzi się z domu. Moim zdaniem, Proceder był ostatnią płytą…

MŻ: Pragnąłbym powrócić jeszcze do Dżemu… Wczoraj po raz kolejny przeczytałem list, który napisał Pan do Ryszarda Riedla, opublikowany w książce Dżem. Ballada o dziwnym zespole. Przejmujący… Jak – po tych dwudziestu latach – wspomina Pan tego człowieka i jako Artystę, i jako współpracownika?

MJ: (milczenie). Rysiek był jednym z największych talentów, jaki pojawił się na polskiej estradzie. Rockman z krwi i kości. Z drugiej strony, jego cechy osobowe spowodowały ten przykry koniec… Był wielkim Artystą. To facet, któremu nie trzeba było wiele mówić. Rzadko się zdarza człowiek z taką charyzmą. Człowiek, który wychodził na scenę, który jeszcze ust nie otworzył, a już się coś wyjątkowego działo… W momencie, kiedy zabrnął w nałóg, zespół pracował praktycznie sam. Potem Rysiek przychodził i powstawały rzeczy wybitne. Tak jak wielcy malarze kilkoma machnięciami pędzla powodowali, że „coś” nabierało nagle innego wymiaru… Ogromnie żal mi też Pawła Bergera. Paweł mało mówił, ale jak już się odezwał, to był strzał w „dziesiątkę”. Pamiętam, jak się wściekał na Ryśka, na jego nieobecności. Paweł angażował się w zespół, podchodził do sprawy bardzo emocjonalnie…

MŻ: Nie ma Ryśka, nie ma Pawła. Zespół jednak gra dalej, nagrywa płyty. Warszawska „Stodoła” pęka w szwach podczas ich koncertów. Na czym polega ten fenomen?

MJ: To jest po prostu doskonała muzyka. Dodatkowo wzmacnia ich legenda. Co prawda odeszli trochę od tej hipisowskiej idei, ale pozostali sobą.

MŻ: Za Panem mnóstwo przygód, doświadczeń. O czym może jeszcze marzyć taki człowiek jak Pan?

MJ: Ja nigdy o niczym nie marzyłem. Miałem pomysły, które realizowałem. Chciałem coś robić i to robiłem… Chociaż, na „stare” lata pojechałbym do ciepłych krajów i poleżał sobie na piasku. Nie zatruwam sobie jednak tymi pragnieniami życia… Żyję, jak lubię.

 MŻ: Dziękuję bardzo za rozmowę. Było to dla mnie cenne przeżycie.

MJ: Dziękuję. Prześlij mi ten wywiad. Chętnie poczytam…

Bielsko Biała, styczeń 2013