Edward Stachura – „Opowiadania”

stachuraopowiadania

Wakacje są chyba najlepszym okresem do karmienia się twórczością Edwarda Stachury. Klimat jego opowiadań choć gorzki, to doskonale wpisuje się w ramy czasu letniego. Wędrówka, przygody, podziw dla natury, dworcowe poczekalnie itd. Książka podzielona jest na trzy główne części, zatytułowane kolejno: Jeden dzień, Falując na wietrze, Się. Na każdą z nich składa się kilka bądź kilkanaście opowiadań.

Po zapoznaniu się z całością (ss. 422) mogę przyznać, że przemawia do mnie przede wszystkim kreacja głównego bohatera. Drapichrusta, kloszarda, autsajdera. Alter ego twórcy? Zapewne. Trzeba pamiętać, że Stachura od najmłodszych lat przyzwyczajony był do podróży (Francja, Jugosławia, Szwajcaria, USA), jak i do trudnej sytuacji materialnej. Podczas studiów na Katowickim Uniwersytecie Lubelskim (1957/1958) zdarzało mu się spać na dworcu, żebrać o pieniądze. Reminisencje tamtych czasów są stale obecne w omawianym zbiorze:

„I kiedy, wieki temu, piętnastoletnim będąc chłopakiem i jednodniowym człowiekiem, się porzuciło dom rodzicielski, żeby być bezdomnym, żeby być sierotą, żeby było sprawiedliwie – tam właśnie, nie świadomie, ale magnetycznie wiedzionym, się zaczęło się kierować: ku krańcom, ku pograniczom, ku rubieżom, ku najdalej wysuniętym łukom, ku apheliom, ku straszliwym i cudnym manowcom. Ku największym rozdzierającym tęsknotom […]” (fragm. opowiadania pt. San Luis Potosi).

Wybranie takiej drogi wiąże się jednak z wszystkimi tego konsekwencjami. Co dla człowieka uporządkowanego wydaje się normalne, to dla wagabundy już takim nie jest. Stachura, w utworze pt. Płynięcie czasu, układa modlitwę do… łaźni: „Popłukałem się, ręce i twarz, i za uszami, żeby senność odpędzić. Nie mówię, że się wymyłem, bo to jest żadne mycie bez mydła. Ale wczoraj po robocie byłem w łaźni. „Błogosławiona bądź łaźnia-boginia / kąpiel ty jesteś śródziemna malina / a wodotryski twoje promieniste / są jak pieszczoty wdzięku pełne czyste / Błogosławiona bądź łaźnia-boginia / łaska ty jesteś raj dla poganina / co wybiedzony utrudzony / przez najdalniejsze gwiazdy prowadzony […]. Tak że brudny nie jestem…”. Bohater-łazik sytuuje się na marginesie prozy życia. Taki punkt zaczepienia pomaga mu na pełniejszą, precyzyjniejszą formę obserwacji społeczeństwa (jak w opowiadaniu pt. Poranek, gdzie wyznaje: „Zawsze jak jestem w mieście i patrzę na ten wielki ruch, na ten naród, co się ciągle gdzieś śpieszy i pędzi, to myślę, że ten wielki ruch miastowy to (…) tylko tak zwana iluzja. Wszyscy gdzieś biegną, podążają, pędzą, byle prędzej i oto. I oto wieczorem wszyscy znajdują się tam, skąd rano wyskoczyli ze swoich pudełek”).

Narratora-filozofa martwi forma ludzkich dusz i jej skutki, czyli iluzoryczność czynów, które w powszechnej opinii uznawane są za wzniosłe. Daje temu najpełniejszy wyraz w Nocnym popołudniu:

A my, czy możemy naprawdę pomóc drugiemu człowiekowi, jeżeli sami pomocy potrzebujemy, jeżeli cierpimy? Przecież tym, czym jesteśmy wewnątrz, tym jesteśmy na zewnątrz, i jeżeli jesteśmy wewnątrz jedną krwawą raną, jedną wielką gulą cierpienia, to przecież wszystko, co dajemy drugiemu człowiekowi, jest tym cierpieniem napiętnowane naznaczone zarażone. Trzeba by być jak Słońce samym światłem, samym blaskiem, samym ciepłem, samym dobrem, samą miłością – żeby móc komukolwiek pomóc. Prawdziwie pomóc, nie tak, jak pomagamy: niezdarnie marnie ślamazarnie chwilowo ułamkowo ułomnie znikomie bezowocnie”.

Stachura ciekawie szkicuje obraz własnych marzeń. Gdy większość pragnie iść w biznesy i zgłasza chęci rozmnażania swoich dóbr, on konstatuje: „[…] nie marzę o wielkiej karierze , o wielkiej przyszłości i żebym tak całe życie miał kawałek chleba i od czasu do czasu jakąś robotę, i żebym tak całe życie miał zdrowe nogi i rozum, to to by była dla mnie wieczna szczęśliwość. Bo nie marzę o wielkiej karierze. To mi się nie śni. Nie, żebym nie miał ambicji, albo zdolności. Mam. Ale nie na to. Nie po to. Bo wiem już od dosyć dawna, już od dosyć dawna się przekonałem (…), że ci najwięksi to nie są wcale ci najwyżej, tylko ci najniżej. Tych trzeba całować w rękę uniżenie”. Znawcy literatury staropolskiej dopatrzą się w powyższym fragmencie (i słusznie) parafrazy jednej z fraszek Jana Kochanowskiego. Tych odniesień w opowiadaniach Stachury jest z pewnością więcej. Podczas lektury warto zwrócić szczególną uwagę na analizę pojęcia: wojna. Ale to pozostawię w tajemnicy. Z nadzieją, że nad morzem, w górach czy lasach sięgniecie po kartki zapisane przez pisarza-tułacza.