Zbigniew Masternak – „Nędzole”

masternaknedzole

„Wreszcie prawdziwa powieść o polskiej emigracji zarobkowej!” – głosi hasło na okładce. Nie tylko ono przykuwa uwagę, ale i pomysł. Tajemniczo niespokojne niebo, ciche budynki miasta i Wieża Eiffla w kształcie scyzoryka dają do zrozumienia, iż Nędzoli można potraktować jako kontynuację trylogii młodzieńczej Masternaka, na którą składały się trzy powieści: Chmurołap, Niech żyje wolność i Scyzoryk.

Tym razem, z kraju czytelnik zostaje porwany do… Francji. Temat nietrudny do odkrycia. Życie codzienne Polaków na emigracji. Bohater, niespełniony piłkarz i biedny literat, wyjeżdża ze swoją ukochaną Renią „na podbój” Francji, ale jak się szybko okazuje, rzeczywistość jest mniej przyjazna z bliska, niż z perspektywy 1500 kilometrów: „Renia była zawiedziona, że przez pięć tygodni nic nie zarobiliśmy, a w dodatku wydaliśmy resztę kasy. Uspokajałem ją – a był to wyświechtany argument – że początki wielkich artystów bywają zwykle trudne”. Rzeczywiście… Noce na bruku, beznadziejne położenie. Pozostaje nadzieja.

Proza Masternaka jest bardzo autobiograficzna, więc można potraktować bohatera jako alter ego twórcy. Fascynuje, w jaki sposób pisarz interpretuje codzienność, a co ważniejsze – jak gra ze stereotypami i relikwiami polskiej kultury. Czasami robi to w mało przekonujący sposób, jakby rodem z opracowań lektur szkolnych („Przed sobą miałem widok na Mont Blanc. Kordian jako młodzieniec przeżył wiele rozczarowań. Czyli podobnie jak ja – przecież także byłem skłócony ze światem, rozdarty wewnętrznie, idealizowałem miłość”). W innych fragmentach jest ciekawiej: „W końcu ja też zasnąłem na ławeczce. Całą noc Mickiewicz tłumaczył mi cierpliwie, że „Księstwo” nie będzie polską epopeją narodową (…). Zbudziły mnie jakieś pokrzykiwania. Podniosłem się z ławki i poszedłem odlać się za pomnikiem wieszcza”. Jak wspomniałem, autor bawi się stereotypami. Pejoratywny obraz typowego Francuza, jaki wyłania się z rozdziału szóstego, trudny jest do zweryfikowania. W mojej drużynie gra Francuz i nijak jego zachowanie nie pasuje do ram wytyczonych w książce. Pracuje za granicą, nie jest „zarozumiałym dupkiem”. Tak to już bywa ze stereotypami…

Da się zauważyć, iż autor to erudyta. Czytelnik napotyka mnóstwo odwołań do spuścizny innych malarzy, pisarzy, dzieł sztuki. Nie powinno to drażnić, gdyż rodzaj lektury intertekstualnej jest niezwykle pasjonujący. Posiada także walory edukacyjne. Dzięki powieści Masternaka dowiedziałem się, np. o malarstwie Luisa Le Naina.

Masternak lubi „głaskać” swoje ego. Zdarza się, że przypomina o swojej książęcej krwi, ale najlepiej owo „głaskanie” uwidocznione jest we fragmentach, w których pisze o piłce nożnej. Gdy bohater powieści napotyka grupę agresywnych Ormian, wspomina: „Bez wątpienia, te gnoje chciały mi wpierdolić jak kiedyś kibole Alitu Ożarów, gdy strzeliłem ich drużynie hattricka w barwach OKS-u”. Sny o wielkiej karierze, które nawiedzają bohatera są tylko potwierdzeniem niespełnienia.

W Nędzolach znakomicie odrysowano portret psychologiczny „Polaczka”, a właściwie jego zachowanie w trakcie powrotów do ojczyzny. Autor wspomina o Szypule, który „lubił ciężko pracować, a przy tym chlać na umór. Po pół roku zjeżdżał do Polski na urlop. Z oddalonego o prawie 200 kilometrów lotniska w Warszawie przyjeżdżał z domu taksówką, bo twierdził, że nie będzie jechał busem jak dziad. Szypuła chciał pokazać ludziom, jak się żyje na bogato. Baletom nie było końca. Stołował się tylko w restauracjach, wszystko obficie zakrapiając alkoholem. Zapijał w sobie te wszystkie upokorzenia, które spotkały go za granicą”. Ten fragment jest kwintesencją powieści, skądinąd zakończonej pozytywnym akcentem.

Polecam Nędzoli. To wciągająca historia, jakże bliska nam wszystkim. Tym osobom, które wyjechały, i tym, które na nie czekają.