Andrzej Stasiuk – „Wschód”

stasiuk

W ostatnim czasie pisałem referat na temat prozy podróżniczej Andrzeja Stasiuka. W ramach przygotowań sięgnąłem po: Jadąc do Babadag (laureata literackiej Nagrody Nike z 2004 roku), Dojczland i Wschód. Każda z wymienionych książek ma swoje lepsze i słabsze momenty, ale warto po nie sięgnąć. Dlaczego? Ze względu na cztery podstawowe kwestie, czyli: próbę określenia własnej tożsamości; intrygującą zabawę stereotypami; refleksyjność i przygodowość. Przyjrzyjmy się pierwszemu problemowi, który dla Stasiuka wydaje się wyjątkowo ważny. Jeden z badaczy literatury stwierdził, iż „słowiańskość Stasiuka więdnie po przekroczeniu Bugu i odradza się za Odrą”. Rzeczywiście, autor jest zagubiony w określeniu swej tożsamości. W tym zagubieniu czuje się jednak szczęśliwy, wszak który włóczykij chciałby być zaszufladkowany? Jego świat to świat z zatartymi granicami. Czytając Jadąc do Babadag nie wiemy, czy jesteśmy w Rumunii, Albanii, czy może na Słowacji. Stasiuk ucieka przed porządkiem, przed formami. Tak jak jego ojczysty kraj. Pisze o tym we Wschodzie, wspominając jeden z wigilijnych wieczorów: „Pamiętam pierwsze wigilie, gdy w domu jedliśmy z jednej miski. Tu stał barszcz, tu ziemniaki, tam kapusta. Nabieraliśmy łyżkami. W mieście. Samotni jak emigranci. Życie po omacku […]. Cały ten naród. Tak jest do tej pory. Jakby skądś kiedyś uciekł i nigdy nie znalazł schronienia. Cały czas w drodze, niby w pogoni, niby w ucieczce. Masz sto dwadzieścia gazet, w których piszą, za kogo masz się przebrać, żeby się nie wyróżniać, żeby nie czuć wstydu. Żeby zmyć tę hańbę pochodzenia cholera wie skąd”. Kapitalny fragment. Wiernie oddaje polską mentalność. Ludzi wiecznie uciekających od wschodniej rzeczywistości i wiecznie pędzących za zachodnim złudzeniem. Ludzi z ciągłym kompleksem wschodniej niższości. I tu dotykamy drugiego problemu. Problemu stereotypów. Stasiuk świetnie się tu bawi. Najpełniej widać to w Dojczlandzie: „Zazwyczaj piję. Byłem pijany w wielu niemieckich miastach i w niemieckich wsiach […]. Nie da się na trzeźwo pojechać z Polski do Niemiec”. Narrator naigrawa się sam z siebie, lecz nie tylko. Przede wszystkim drwi z przyjętych opinii Niemców na temat „Polaczków-pijaczków”. Jeszcze bardziej gorzki okazuje się kolejny fragment:

„Mój kolega Niemiec posiada stary zardzewiały samochód, ponieważ ma taki kaprys. Mieszka w porządnej dzielnicy, sam jest dość porządny (…). Dorastające dzieci mojego kolegi proszą go na kolanach, żeby nie przyjeżdżał po nie do szkoły tą trupiarnią. „Tato, przecież nie jesteśmy Turkami ani Polakami”, tak go błagają, klękają i składają dłonie”.

A więc pomimo naszych wytężonych chęci, nadal jesteśmy postrzegani jako druga kategoria, jako przedszkolaki chętnie przylepiający się do towarzystwa pierwszoklasistów z „lepszej” części Europy. Kolejną zaletą prozy podróżniczej Stasiuka jest jej refleksyjność. Człowiek w podróży, to człowiek w stanie refleksyjnym. Przyjrzyjmy się kolejnemu fragmentowi Wschodu: „Nie wiadomo, po co się wyjeżdża. Wszystko jest zbyt męczące by nazwać to przyjemnością. Sraczka, udar słoneczny, choroba wysokościowa. W kieszeni stale masz papier i mokre chusteczki. Wieczorem trzęsiesz się w śpiworze, jakbyś miał grypę, ale to od słońca […]. Nie wiem, po co się wyjeżdża. Żeby usłyszeć o poranku turkot blaszanej taczki? Żeby z okienka łaźni jak dwa sraczyki zobaczyć księżyc nad Ujgurem? Niewykluczone”. Zmysł wzroku jest dla Stasiuka ogromnie ważny. Chodzi o to, by ogarnąć urywek rzeczywistości i poddać go analizie, tak by ulotność chwili stawała się jej istotą. W przytoczonym fragmencie scena z łaźni, wydawałoby się marginesowa, okazuje się integralna. Nie od dziś wiadomo, że książka nie tylko ma zmuszać do przemyśleń, ale i być pewną formą rozrywki. Najciekawsze są oczywiście momenty przygodowe. Nie brakuje ich przede wszystkim w Jadąc do Babadag. Ot, wystarczy powołać się na kapitalny fragment z przebojowym, rumuńskim taksówkarzem czy też przywołać sytuację wymiany waluty na granicy. Mnie jednak pozostał w pamięci (i do końca żywota pewnie pozostanie) magiczny, percepcyjny fragment Wschodu:

„O świcie weszliśmy do miasteczka. Było ciepło i cicho. Tylko odgłos naszych kroków na rynku. Z piekarni snuła się woń świeżego chleba. Pomieszana z tym świtem, z ciszą. Poszliśmy tam. Piekarz ucieszył się na nasz widok, chociaż byliśmy obdarci, długowłosi i zakurzeni. Ucieszył się, że ktoś wstaje tak wcześnie jak on. Podarował nam bochenek. Nie dało się go utrzymać. Trzeba było nieść zawinięty w koszulę. Potem zapukaliśmy do jakiegoś gospodarstwa i kobieta pozwoliła nam przespać się na sianie. Dostaliśmy świeże mleko do gorącego chleba. Dostaliśmy pościel. Słońce wstawało, a my się kładliśmy. Miałem szesnaście, może siedemnaście lat i wyobrażałem sobie, że to właśnie jest Wschód – kraina cudów. Wchodzisz o świcie do małego miasteczka i goszczą Cię tak, jak się powinno gościć wędrowca”.

Troszkę jeżdżę po Polsce, ale taka scena pozostaje nadal w sferze marzeń. Wschód… Książki Stasiuka – znakomita lekcja patrzenia. Aby w miniaturce potrafić znaleźć coś ważnego.