Wywiad z Markiem Piekarczykiem

Z PiekaremPlan wywiadu z tym człowiekiem zrodził się w mojej głowie błyskawicznie od momentu, gdy tylko zaczęliśmy omawiać na studiach polonistycznych gatunki dziennikarskie. Mając zaledwie dziesięć lat, poznałem Jego artyzm (dzięki, tato!). Muzyka i teksty Tego człowieka mocno wpłynęły na moją osobowość i rozwój światopoglądowy. Zacząłem więc od wysłania wiadomości na stronie internetowej Artysty z prośbą o spotkanie. Niestety bez odzewu, ale tego się spodziewałem, gdyż kilkaset osób ma takie pragnienia. Ale nie zwątpiłem, przecież słyszę z głośników mojej starej wieży Jego głos: „Do końca musisz walczyć, by osiągnąć cel!!!”. Poprosiłem o pomoc mojego kolegę, muzyka z Czechowic-Dziedzic. I po paru telefonach, paru dniach niecierpliwego oczekiwania, usłyszałem: „Jesteś umówiony!”. U Arystotelesa to się zwie eudajmonią, u nas po prostu wielkim szczęściem. Wielkie dzięki, Steven! Wsiadam do pociągu PKP. Relacja Katowice – Bochnia. Po paru godzinach jestem już pod bramą domu. Powitał mnie wraz z żoną i synem, małym Filipkiem. Przerwałem mu pracę w ukochanym ogrodzie. Gdy odłożył łopatę, pokazał mi wszystkie krzewy i rośliny, które pod Jego czujnym i opiekuńczym okiem pięknie rozkwitają. Stolik i dwa krzesła ustawione akurat były pod cudowną lipą, która rzekła do mnie: „Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie… i słuchaj uważnie słów mojego opiekuna: MARKA PIEKARCZYKA”…

Czy zdarzyło Ci się w przeszłości zagrać koncert 13 lipca w Poznaniu?

M.P.: Nie, akurat nigdy do tego nie doszło.

Jak to się stało, że to akurat Wielkopolanie pierwsi usłyszeli głos Marka Piekarczyka?

M.P.: Urodziłem się w Poznaniu, bo akurat mój ojciec z moją mamą tam przebywali. Ojciec był oficerem Wojska Polskiego, ale nie był komunistą, dlatego też często go przenosili w różne części naszego kraju. W Poznaniu mieszkaliśmy parę miesięcy. Mój brat np. urodził się już w Głogowie, a siostra we Wrocławiu. Większość dzieciństwa spędziłem jednak w Gnieźnie. Parę dni temu graliśmy koncert w tej miejscowości i było niesamowicie!

Będąc dzieckiem, kim chciałeś zostać w przyszłości?

M.P.: Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że nauczycielem. Od dzieciństwa kochałem książki. Zawsze dostawałem je od ojca i nie było to jakieś gówno, tylko solidne, ciekawe książki.

Wiem, że w dzieciństwie brałeś udział w konkursach recytatorskich i odnosiłeś sukcesy. Wybierałeś podobno krótkie wiersze, m.in. Białoszewskiego. Nie byłeś na straconej pozycji wybierając np. Mironczarnie?

M.P.: Nie wiem, czy to czytałem. Ale nie, Białoszewskiego w tamtych czasach się nie recytowało. Nie wolno było. Pamiętam, że wybierałem Broniewskiego, mimo że był komunistą. Tworzył jednak dobrą poezję. Nie uważam też, że wybierając krótki wiersz byłem z góry przegrany. Oczywiście, że nie. Na scenie najważniejsze jest przekazywanie uczuć i emocji. Jeżeli tego nie robisz, to nie masz szans nigdzie. Nie sprawdzisz się jako instrumentalista, recytator, wokalista itd. Ja postawiłem na uczucia. A na co miałem postawić? Na wkuwanie Zaczarowanej dorożki? Nienawidzę tego.

„Poezja i literatura to zawsze były moje najsilniejsze inspiracje”, „Poezja to czyste piękno” – pozostało w tobie zamiłowanie do poezji.

M.P.: Poezja to jest… królowa sztuk. Być może muzyka mogłaby ją być, ale jest zbyt wieloznaczna. Poezja jest oparta na prostym języku, ale zderzenie słów tworzy nowe wartości. Ludzie czytając poezję obcują z pięknem i jednocześnie z jakąś prawdą. Poeci przecież nie piszą wierszy po to, aby pokazać jacy są elokwentni, tylko właśnie po to, aby wydobyć prawdę. To jest podstawowa sprawa. Ta prawda często nie jest objawiona wprost. Może to być prawda psychologiczna lub przeczuwalna. Zwróć uwagę na pewną sytuację: czasami dzieje się tak, że czytasz wiersz i nie bardzo wiesz o co w nim chodzi. Przychodzi jednak później moment, że doznajesz olśnienia, ale nie jesteś w stanie tego nazwać. Posiadasz taki stan uniesienia i poczucia obcowania z czymś, co jest ponad tobą, ale w tobie. Wreszcie dotykasz czegoś, czego wcześniej nie byłeś w stanie dotknąć. To jest właśnie wspaniałe w poezji, w dobrej poezji. Zresztą zła poezja nie jest poezją.

Inspiracją do stworzenia tekstu w Bez podtekstów był podobno jeden z wierszy Charlesa Baudelaire’a. Przyznam, że szukałem tej twojej inspiracji w tekstach francuskiego poety i chyba znalazłem. Moim zdaniem to wiersz pt. Albatros, zamieszczony w tomiku Kwiaty zła. Słusznie?

M.P.: Masz rację, był to wiersz Albatros. W Bez podtekstów jest taki fragment: „W tobie rosną białe skrzydła”. Wymyśliłem te skrzydła w człowieku. To taki symbol wolności wewnętrznej. Pokazanie ludziom: w tobie jest przestrzeń, jest kosmos… Wiesz, jemu chodziło trochę o co innego. Zobrazował poetę jako takiego albatrosa, który jak szybuje w przestworzach, to jest wspaniały, wolny; a jak chodzi po ziemi, to mu skrzydła zaczynają przeszkadzać i ludzie chętnie kopnęliby go w dupę i zabili. Poeta jest piękny jak szybuje. Ogólnie, artyści są dziwni. Zazwyczaj są to ludzie małego wzrostu, brzydcy, mający jakieś wady i kompleksy. Ja byłem najniższy w klasie, ale nigdy się tym nie przejmowałem i nie stanowiło to dla mnie problemu. Problem miały dziewczyny, bo się mną nie interesowały, a teraz ja się nimi nie interesuję, bo są za stare…

(Śmiech).

M.P.: (Śmiech). No, wiesz o co chodzi… Ale wracając do tematu. Artyści są takimi albatrosami. Wykorzystują wiatry, które ich prowadzą.

Marku, wiem, że łączy nas na pewno jedno.  Oryginalnie to określiłeś: „nałogowe szwędanie się po księgarniach”. Co takiego niezwykłego jest w tych pomieszczeniach, że tracimy w nich poczucie czasu i rzeczywistości?

M.P.: Niestety, nie chodzę już tak często. Powiem ci, że księgarnie nie są już takie jak kiedyś.

Tzn. jakie?

Dawniej księgarnia to była „kopalnia odkrywkowa”, szczególnie antykwariaty. Boże! Jakie tam można było znaleźć rzeczy. Pamiętaj jednak, że mój księgozbiór jest zbudowany z książek, które kupowałem „za Gierka”, czyli w bardzo ciężkich czasach. Często trzeba było podrywać sprzedawczynię z księgarni, żeby odłożyła Ci jedną książkę, bo były np. tylko dwie (śmiech). W tym okresie wszystko co zarobiłem, to wydawałem na książki. Mam je do teraz, są moim skarbem. Przypominają mi moje odkrycia. Co więcej. Uratowały mi życie. Rzuciła mnie kiedyś dziewczyna, zdradziła mnie z większością moich kolegów, moja pierwsza miłość… i tym samym uratowała mi życie. W tym ciężkim momencie zacząłem bowiem sobie czytać książki, pisać wiersze, tworzyć, malować obrazy. Zostałem artystą i dzięki temu robię to, co kocham. Zresztą wszystkie kobiety, które odeszły ode mnie zrobiły mi przysługę. Teraz jestem z Kasią i naprawdę jestem szczęśliwy. Ale do czego zmierzam… Jak wróciłem do Polski, to odkryłem, że w kioskach sprzedawane są pięknie oprawione książki. Ja te wszystkie książki kupowałem. Odbudowałem moją bibliotekę filozoficzną, bo zawsze się tym interesowałem. Oprócz filozofii nabywałem literaturę piękną, całą klasykę: Molier, Choderlos de Laclos i jego Niebezpieczne związki itd. Koledzy mnie pytali: „Marek, masz przecież te książki. Po co je kupujesz?”. Odpowiadałem im, że są ładniej oprawione, są piękne i kiedy zemrę, moje dzieci je odziedziczą, bo im je zapiszę. I pewnego dnia, kiedy pier…nie to wszystko, czyli wysiądzie prąd, Internet, nie będzie telewizji, radia, a czuję, że już niedługo tak się stanie z powodu jakiejś plamy na księżycu, to ludzie poszukają świeczek, lamp naftowych, zapalą w kominkach… I wiesz, co mój synuś wtedy zrobi? Sięgnie po te książki i nagle dostanie przesłanie od taty. Odkryje to, co chciałem mu przekazać. Mam taką wizję…

Przyznałeś kiedyś, że przed spotkaniem Jacka Rzehaka pisałeś inaczej. Lubowałeś się w metaforach, oksymoronach itp. Czy zachowały się jakieś wiersze z tego okresu? Jestem pewny, że tomik poezji Marka Piekarczyka narobiłby sporo szumu na rynku literackim…

M.P.: Wiersze piszę nadal. Wiem, że w Elblągu coś się tam ukazuje. Wydaje to mój przyjaciel – artysta, malarz, poeta. Pojawiał się też taki dziwny miesięcznik pt. Nadrzeczywistość w Nowym Jorku i tam zamieszczone były m.in. moje listy do Patrycji.

Kim była Patrycja?

M.P.: To moja przyjaciółka z Nowego Jorku. Pisałem do niej takie krótkie listy internetowe. Ostatnio pisałem dużo rzeczy dziwnych, także miłosnych. Powiem Ci coś ciekawego: dzięki poezji mam obecną żonę. Moja Kasia wyznała mi, że po przeczytaniu moich wierszy, umieszczonych na wcześniejszej stronie internetowej, poczuła pragnienie posiadania takiego mężczyzny. Mężczyzny, który w taki sposób myśli o miłości i o życiu, który jest tak namiętny. Dlatego poezja to bardzo intymna sprawa dla mnie i nie wiem, czy się dam namówić na opublikowanie tego. Wiesz co, poezja to jest dziwna rzecz. Ja nawet nie czuję czasami, że to ja napisałem. Stworzyłem kiedyś taki wiersz w Nowym Jorku i go sobie po jakimś czasie przeczytałem. Oto jego fragment: „Jaką miłością są brzemienne nasze marzenia / Czy może taką, która buduje mosty nad przepaściami rozpaczy / A może dzięki niej wrócą do lasu wyrzucone choinki/ I przylecą anioły, żeby nakarmić zmarznięte ptaki…”. Pamiętam, że jak to przeczytałem, to się popłakałem. Niestety w Nowym Jorku zaraz po Wigilii na ulicach leżą choinki, po które przyjeżdżają specjalne wozy i mielą je tam na coś. I właśnie jak czytałem ten wers: „Wrócą do lasu wyrzucone choinki…” to coś we mnie stało. I to jest dowód, że to nie ja napisałem ten wiersz (śmiech). Trzymałem pióro, ale słowa w mojej głowie podsuwał ktoś inny. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak właśnie jest. Opowiem Ci coś jeszcze. Pamiętam w Nowym Jorku moje wielkie załamanie z powodu rozpadu rodziny. Puściłem sobie wtedy kasetę TSA, której nie słuchałem z pięć lat. Nic z TSA nie słuchałem. I nagle usłyszałem gościa, który mi mówi co mam robić, jak żyć, jak się zachować. Byłem nieszczęśliwy, świat rozpadł mi się na kawałki, a tu słyszę piosenkę, w której śpiewam: „Nie poddawaj się i do końca walcz!”

To utwór Ciągle walcz z mojej ulubionej płyty TSA – ROCK’N’ROLL…

M.P.: Najlepsze teksty w życiu wtedy napisałem. Ale powiem Ci, że Ciągle walcz chciałbym jeszcze raz nagrać, bo ją źle zrobiłem. Jest zbyt wykrzyczana. Marzy mi się, żeby ją nagrać w Elblągu, w takim wielkim kościele z ogromnym chórem gospel. Bez żadnych instrumentalistów. Same tłuste baby, tak „czarno śpiewające” i ja wśród nich… Ale czad by to był! Wierzę, że to kiedyś zrealizuję.

Jako student filologii polskiej pragnąłbym z czystej ciekawości, abyś wybrał  to, co bliższe sercu: Oświecenie czy Romantyzm? Mickiewicz czy Norwid ?

M.P.: Norwid. Mickiewicz mnie denerwował…

Powiem Ci, że do Norwida muszę chyba jeszcze dojrzeć, bo wiele rzeczy z jego twórczości ciężko mi zrozumieć.

M.P.: Ja nie rozumiem Norwida, ale jestem jego przyjacielem, trzymam z nim. Ja jestem zawsze z tymi, co wyprzedzają swoją epokę. Wiesz, Mickiewicz pisał piękne rzeczy, fakt. Był zajebiście utalentowany, ale ja jestem trochę podejrzliwy. Kiedyś na egzaminie miałem pytanie o Pana Tadeusza. Odpowiedziałem, że ta epopeja to taka „chałturka”. Uważam, że Mickiewicz napisał coś, żeby mieć w życiu łatwiej i posiadać dobrych sponsorów. „Pojechał” po uczuciach patriotycznych, po tęsknocie, nostalgii. Moim zdaniem, to nawet nie jest romantyczne, to jest raczej sentymentalne. Śmiem twierdzić, że w tej książce jest mnóstwo sentymentalizmu, a sentymentalizm jak wiesz, nie jest dla ludzi, którzy kochają soczystość i prawdę. Pytałeś: Oświecenie czy Romantyzm? Pewnie i to, i to. Słuchaj, „liznąłem” kiedyś historię sztuki wizualnej. Mimo wszystko, więcej wiem o architekturze, malarstwie, rzeźbie niż o literaturze. Zastanawiałem się zawsze, skąd oni wpadali na takie pomysły, aby to wszystko nazywać. Podczas przemyśleń na temat tych okresów, nauczyłem się jednego: sztuka nie istnieje w samotności. Artyści, którzy tworzą w samotności są skazani na zagładę. Co zrobić z takim artystą, który do niczego nie pasuje, nie ma domu typu „romantyzm”? Jest genialny, ale co z nim zrobić? Teraz wyobraź sobie kompozytora, który dostał tylko fortepian i żyje w izolacji. Nie zna muzyki świata. Co on może grać? Jaką muzykę może tworzyć? Był taki poeta… Jak on się nazywał… Holderlin! Nie wiem, czy słyszałeś?

Niestety nie…

M.P.: Holderlin był poetą i muzykiem zarazem. Zresztą wszyscy wtedy byli muzykami. Każdy umiał grać na fortepianie. Szkoda, że tego już nie uczą w szkołach. Poeta ten był zakochany w żonie swojego sponsora. Widzisz, tu dotykamy kolejnego problemu, „sponsorów”. Nigdy nie wiedziałbyś o żadnym artyście, gdyby nie Ci ludzie. Książęta, inne bogate jednostki bardzo pomagały artystom. Bez sponsorów nie mieliby żadnej szansy, nie mieliby co jeść. Leonardo da Vinci z czego by żył? Obrzuciliby go ludzie kamieniami za te jego wynalazki. A Michał Anioł? Co robiłby? Musieli mieć sponsora, dawniej taką osobę nazywało się mecenasem. Ale do czego zmierzam… Jak już wspomniałem, Holderlin poczuł wielką miłość do żony swojego mecenasa, który zresztą był jego przyjacielem. Taki Tristan i Izolda czy Cierpienia młodego Wertera w rzeczywistości. Opowiem Ci jak się to wszystko skończyło. Otóż, musiał się wyprowadzić z Francji do Niemiec, skąd pochodził. Sześćset kilometrów dzieliło go do ukochanej. Tęsknili za sobą, bardzo się kochali. Ona przysłała mu pewnego dnia list ze słowami: „Przyjedź do mnie kochany”. A wiesz co on zrobił? Wyszedł i… poszedł. Po paru miesiącach ludzie zobaczyli go siwego, oszalałego, obłąkanego. Człowiek ten spędził później czterdzieści lat w jakiejś wieży, dali mu fortepian, który miał podcinane struny i grał jakieś straszne rzeczy.

Podobny los spotkał Aldonę w Konradzie Wallenrodzie…

M.P.: Tak. Ale naprawdę, zainteresuj się tą postacią. Holderlin. To są historie! Jeszcze chciałem wspomnieć o jednym poecie, który napisał takie dzieło jak Pieśni Maldorora, ale wypadło mi z pamięci nazwisko. To jest taki koleś, który pisał do dwudziestego pierwszego roku życia, a później zamilkł. Geniusz (chodzi o francuskiego przedstawiciela czarnego romantyzmu: Comte de Lautreamont – przyp. M.Ż.). Pisał ciekawe, ale straszne rzeczy…

Straszniejsze niż Wojaczek?

M.P.: Eeeee tam, Wojaczek. Wojaczek pijaczek. Nie, nie, nie… To już bardziej Schulz. Schulz jest taki mroczny…

Miciński?

M.P.: O! Miciński… Miałem taką bardzo ciekawą książkę, ale podarowałem przyjacielowi – Poeci wyklęci. Kapitalna pozycja. Posiadam dużo dzieł Micińskiego.

Muszę przyznać, że zaskoczyłeś mnie. Zapytałem wcześniej: Mickiewicz czy Norwid, ale szczerze to miałem przygotowaną zupełnie inną parę: Miciński czy Czechowicz. Ale byłem pewny, że wybierzesz Czechowicza, a tu taka niespodzianka…

M.P.: Bardzo szanuję twórczość Micińskiego. Jest wielkim poetą.

Roman Kostrzewski z zespołu KAT też tak twierdzi. Miciński jest jego silną inspiracją…

M.P.: Wiesz, wydaje mi się, że Roman nie do końca zna twórczość Micińskiego. Gdyby znał, to nie pisałby takich dziwactw. Mniejsza z tym. Wracając jeszcze do Mickiewicza, którego roli na pewno nie da się przecenić, ale na Twoim miejscu zapytałbym raczej: Mickiewicz czy Słowacki…

Twórczość Słowackiego z biegiem czasu coraz bardziej mi się podoba. Na dzień dzisiejszy najbardziej cenię Godzinę myśli…

M.P.: To jest poryw geniuszu. Mickiewicz pisał poezję „dla ludu”. Nazwałbym to „popową poezją”, natomiast Słowacki jest taki… przeklęty. To mi się w nim podoba. Pisał naprawdę ambitne, wspaniałe rzeczy.

Mickiewicz kiedyś powiedział o twórczości Słowackiego, „że jest jak Kościół, tyle że w tym Kościele nie ma Boga…”

M.P.: Jestem ciekawy jakim Kościołem jest to, co zbudował poetycko Mickiewicz… To jest gmach Urzędu Miejskiego…

Ok. Chciałbym pozostawić już te rozważania, a zapytać o inne sprawy. Mam wrażenie, że zapiszesz się w historii obok takich postaci jak: Jan Jakub Rousseau czy Kochanowski, którzy propagowali hasło „powrotu do natury”.  Jesteś wielkim miłośnikiem drzew, kwiatów, krzewów. Tworzysz koło swojego domu wyjątkowy ogród…

M.P.: Przede wszystkim jestem wielkim miłośnikiem życia. Człowiek, kiedy dba o te roślinki, krzewy, drzewa kreuje nowe życie. Zanim tu się wprowadziłem, to w miejscu dzisiejszego ogrodu, który widzisz przed sobą, było podwórko do zawracania koniem czy też haki, gdzie wisiały biedne zwierzątka. Natychmiast je odciąłem. Spójrz na tę lipę. Uniknęła zagłady dzięki mnie. Słuchaj, każdy człowiek wrażliwy i ten, który używa mózgu nie tylko do tego, żeby trafić do kibla, ale też do tego, żeby poznawać świat, musi kochać rośliny i środowisko naturalne. Każda okazja do kreowania tego środowiska jest czymś naprawdę przyjemnym. Masz okazję pozytywnie wpływać na świat. Przecież nie tylko żyjemy po to, aby wszystko zniszczyć i opanować. W Biblii jest napisane, że mamy panować, ale ludzie tego nie rozumieją właściwie. Mam wrażenie, że myślą o władzy absolutnej, która w ich mniemaniu pozwala im na niszczenie czy zadawanie bólu zwierzętom. Trzeba żyć w zgodzie ze światem, takie jest moje zdanie. Jak nie żyjesz w zgodzie ze światem, to ze sobą też nigdy nie będziesz żył w zgodzie. Wiesz jak spędzam dzień moich urodzin? Zajmuję się moimi zwierzętami, roślinami, byle tylko nie myśleć o sobie. Wszyscy Ci dzwonią, mówią Ci przez słuchawkę „jaki jesteś wspaniały” itd. Gówno prawda! Moim zdaniem dzień urodzin, to dzień, w którym musisz odpocząć od samego siebie i zająć się kimś, kto jest mniejszy i słabszy.

Nazwałeś swoją kozę Klementyna… Klementyny należą do istot, które nie pchają się na świecznik, ale dążą do swych celów wytrwale i z wielką energią, nie zważając na przeciwności losu. Jeśli w rzeczywistości taka jest, to musiała mocno zapatrzyć się w swojego opiekuna…

M.P.: Największym osiągnięciem Klementyny jestem ja (śmiech). Prowadzili ją jacyś gówniarze i chcieli ją na rożen wziąć. Była wtedy malutka. Oczywiście zabrałem ją ze sobą, a małolatom dałem kasę na kiełbasę. Klementyna ma u mnie azyl polityczny. Obiecałem jej, że nikt jej nie będzie doił, wykorzystywał, bił itd. Mam nadzieję, że jest zadowolona.

Każdy w swoim życiu szuka swojego arkadyjskiego miejsca, swojej krainy, w której czułby się spełniony i szczęśliwy. Gdynia, Nowy Jork, Bochnia… Czym są te miejsca dla Ciebie?  

M.P.: (długie milczenie). Zaczynając temat, to chciałbym jeszcze wspomnieć o Sopocie, gdzie pierwszy raz występowałem na dużej scenie i dostałem odpowiedź na pytanie: kim mam być? Poczułem wtedy taką wolność, zniknęła wątpliwość… Słuchaj, najszczęśliwszy byłem w Gdyni. Oczywiście w Bochni też byłem bardzo szczęśliwy…

I widzę, że nadal jesteś…

M.P.: Wiesz, zależy jak na to patrzymy. Trochę jestem uwikłany w różne sprawy, brak czasu, tysiące obowiązków itd. Ale może to nie o to chodzi, żeby mieć wolny czas? Powracając do tematu Gdyni. Tam pierwszy raz poczułem pozytywną popularność. To jest niesamowite uczucie. Nikt nie patrzył na mnie wtedy przez pryzmat gwiazdy rocka, która jest fanatycznie przyjmowana przez jednych, a nienawidzona przez drugich. Chodząc wtedy po ulicach tego miasta, widziałem uśmiechające się w moim kierunku twarze obcych ludzi, co drugi człowiek powiedział mi grzecznie „dzień dobry”. Widzieli we mnie człowieka, który nie jest napiętnowany hasłem „heavy metal”, tylko artystę wcielającego się w rolę Jezusa Chrystusa w bardzo poważnym spektaklu. Ten okres mojego życia był naprawdę wspaniały. Największa energia jest jednak w Nowym Jorku. W Polsce jest wiele pięknych miejsc, ale nigdzie nie znalazłem podobnej energii. Nowy Jork posiada coś niezwykłego w sobie. Nawet samotni, biedni ludzie nie czują swojej niedoli…

A nie brakowało natury…

M.P: Znajduje się tam dużo pięknych miejsc. Słuchaj, tam kochają naturę. Nie skaleczysz drzewa, bo cię zaraz zamkną. Pamiętam, że wiewiórki mi pukały do okna, żebym im orzechy dawał. Ptaków było pełno, dzięcioły przylatywały. Najbardziej zapadły mi w pamięci świetliki. W całym Nowym Jorku spotkasz miliony robaczków świętojańskich. Najważniejsze miejsce w tym mieście to chyba Central Park – ludzie kochają tam przebywać… Wyobraź sobie, że każde drzewo kosztuje tam kilka milionów dolarów. Moja Kasia pisała pracę o Central Parku. Wokół parku znajdują się olbrzymie wieżowce, budynki, a w nim… sadzawki, mosteczki, ławeczki. Wszystko budowane przez prywatnych ludzi. Pomnik Alicji w Krainie Czarów jest zbudowany dla kobiety przez jej męża. Spotkasz tam nawet polski akcent. Znajduje się tam mianowicie pomnik Jagiełły, który stoi po dziś dzień. Często tam bywałem. W Nowym Jorku ogólnie ludzie kochają życie. Nieważne czy jesteś milionerem, czy sprzedawcą butów. Tam są wszyscy równi. Jeżdżą sobie razem na rolkach, opowiadają różne historie. Coś pięknego, naprawdę.

Bochnia?

M.P.: Bochnia to jest miejsce, które mnie stworzyło. To miasteczko zrobiło ze mnie artystę. Przyjechałem tutaj z Gniezna, gdzie mogłem zostać naukowcem. Interesowałem się chemią, fizyką, matematyką. Jestem niezłym matematykiem, fascynuje mnie chemia organiczna…

Czarna magia dla mnie.

M.P.: Ja uwielbiam. Pisałem zawsze ściągi dla wszystkich. Później oni dostawali 5, a sam miałem zawsze -3. Wiesz, ja nie jestem tym od orderów, ale od „czarnej roboty” (śmiech).

Cieszymy się wszyscy, że  wróciłeś do kraju, do Polski. Właśnie. Może zapytam o naszą Ojczyznę. Polacy mają opinię romantyków. Jak myślisz, społeczeństwo polskie dba o swoją kulturę i historię?

M.P.: Nieprawda. Uważam, że Polacy nie są żadnymi romantykami. Elementem romantyzmu jest coś, co komuna zabiła w narodzie, czyli poczucie wewnętrznej wolności, ale też więzi ze światem. Romantyzm to nie tylko „dziamganie” o wolności Polski czy hasełka na temat poświęcenia się: „Polska Winkelriedem narodów” itd. Robienie z siebie męczennika świata jest totalną bzdurą, co nie zmienia faktu, że naród jest zasłużony w pewien sposób… Ale to dzięki swoim jednostkom.

Jakim?

M.P.: Wszystkim, które powodowały przemiany, np. Solidarność itd. Ludzie, którzy nie byli wcale popularni przez to, że buntowali się przeciw władzy, bo całej reszcie smakowały „resztki ze stołu pańskiego”. Do dzisiaj niektórzy bezsensownie wołają: „Komuno, wróć!”. Nieważne. Chciałbym jeszcze na jedną rzecz zwrócić uwagę. Romantyzm posiada jeszcze taką ważną cechę: miłość do świata. Ta ciągła walka, ten bunt, nie jest skierowany przeciwko człowiekowi. Nie. Ta walka jest skierowana przeciwko głupocie, która zniewala ludzi; przeciwko głupocie narodu, który daje się wykorzystywać i słucha dyktatorów, którzy obiecują ludziom, że dostaną kg mięsa więcej… Zauważ, że Solidarność walczyła o podwyżki, a nie o wolność. Mniejszość ludzi w Solidarności naprawdę myślała o wolności i o realizacji narodu. Reszta, to byli robotnicy, którym zależało tylko na wyższej pensji, zapewnionych wczasach, w ramach komunizmu wszystko… Ale ta mniejszość była najważniejsza. Posiadali odmienne poglądy, a odmienność dla mnie jest podstawą społeczeństwa. Człowiek odmienny tworzy nowe wartości, tworzy postęp, burzy negatywny spokój, który jest „uśpieniem” społeczeństwa.

Podczas lektury jednej z książek na temat Aborygenów australijskich zwróciłem uwagę na następujący fragment: „Pieśniarzom ich repertuar przekazują we śnie duchy. A oni tylko odtwarzają na jawie to, czego we śnie się nauczyli…”. Przyśnił Ci się kiedyś pomysł muzyczny, który później wykorzystałeś w rzeczywistości?

M.P.: Nieee… Oni tak mówią tylko, bo kto będzie słuchał kolesia, który będzie śpiewał, a nie będzie tam duchów… To taka kultura. Słuchaj, to jest tak jak z Chrystusem. Chrystus nie mógł być kobietą, bo kobiety nie miały nic do gadania. Bóg musiał wcielić się w mężczyznę, bo panował męski system społeczny. To samo jest u Aborygenów… Nie mogą powiedzieć, że osoba wymyśliła piosenkę, bo kto będzie jej słuchał. Muszą mówić, że to duch im tworzy pieśni. Ale może coś w tym jest… Może to jest tak jak z tworzeniem poezji? Być może w nas jest tak, że w środku człowiek jest geniuszem i głupcem. Ten geniusz czasem coś powie i głupiec nagle doznaje olśnienia…

Skoro już jesteśmy przy muzyce. Wspominasz zawsze To boli jako najpiękniejszy i najtrudniejszy utwór, jaki kiedykolwiek stworzyłeś. Piękny, przyznaję. Ale zaskoczę Cię. Jeszcze bardziej przeszywa mnie utwór z płyty XES!: Smutniejszy odcień szarości. Ten pulsujący rytm i niesamowity wybuch emocji, gdy krzyczysz, że „miłość mdły ma smak”. W jakich okolicznościach powstało to arcydzieło i ten bardzo smutny tekst?

M.P.: Utwór powstał w Bochni. To jest obraz samotności człowieka w małym miasteczku, ale też taki okres, w którym człowiek wpada w beznadziejność. Być może ja nie dotknąłem aż takiego strasznego dna jak to, że „miłość tylko zabija czas”… Ale wiesz, to nie jest sztuka pisać tylko o sobie. Poeta jest w stanie sobie wyobrazić wszystko, nawet człowiecze uczucia. Nawet jak jest szczęśliwy, jest w stanie sobie wyobrazić rozpacz. Nieprawdą jest, że artysta musi być głodny, żeby pisać dobre rzeczy. Smutniejszy odcień szarości – niedawno odkryłem, że jest to S.O.S. Pamiętam, że czułem wtedy odrzucenie. „Obcy tłum osacza mnie” , „Znowu świat odepchnął mnie”…

Mocne słowa.

M.P.: Strasznie, ale tak jest w życiu. Ludzie mają takie uczucia. To jest po prostu smutniejszy odcień szarości. Taka Bochnia była…

Jesteś 60-letnim młodzieńcem pełnym pomysłów i energii (co widać m.in. na koncertach TSA). Skąd ta energia? Czy sekret leży w diecie wegetariańskiej, której  jesteś krzewicielem?

M.P.: Moja decyzja o zaprzestaniu spożywania mięsa zapadła podczas jednej z kolacji. To był moment. Powiedziałem sobie: „Dość!”. I tak od piętnastu lat jestem wegetarianinem. Czuje się teraz bardziej radosnym człowiekiem. Zauważyłem, że ludzie, którzy jedzą mięso są zazwyczaj nerwowi, wiecznie wkur…eni. Wegetarianizm bardzo pozytywnie wpływa na człowieka. Nie chcę Ci jednak robić wykładu. Sam do tego kiedyś dojdziesz, do tego obrzydzenia mięchem. Odkryjesz w jakiej obłudzie żyjemy. Popatrz: niby kochamy zwierzęta, ale z drugiej strony maltretujemy je, zabijamy i zjadamy, choć na świecie jest tyle innego jedzenia… Pytałeś o energię. Wiesz, wszystko rodzi namiętność. Kocham to, co robię i zawsze śmieszą mnie rozmowy o emeryturze. Jaka emerytura? Co to jest? Nigdy nie będę emerytem!

Jak każdy człowiek, Ty również wielu rzeczy nie lubisz. Nie lubisz agresji; betonu, który leje sąsiad; telewizji. A co zrobisz, kiedy za parę lat Filip zawoła: „Tatuś, chodź! Ubierzemy choinkę!”?

M.P.: O! Dobre pytanie! Pewnie wiesz, że nie cierpię ubierania choinki. Jest tak od czasu, kiedy pracując w Stanach musiałem ubierać trzy gigantyczne choinki dziennie. Przez kilkanaście godzin! Pod koniec dnia miałem wrażenie, że każda bombka waży ze sto kilogramów. Ale dla Filipka się zmobilizuję. Zrobię to, zmuszę się – specjalnie dla niego.

To było moje ostatnie pytanie. Dziękuję Marku za rozmowę. Życzę dużo zdrówka, radości i miłości!

M.P.: Wielkie dzięki. Do zobaczenia na koncertach.

Bochnia, maj 2011