Wywiad z Jarosławem Wajkiem

wajkwywiadJarosław Wajk dał się poznać szerszej publiczności przede wszystkim jako wokalista Oddziału Zamkniętego. Później opuścił ów zespół, by podążyć inną drogą. Kroczy nią po dziś dzień. Ale nie tak jak kiedyś, „samotny wśród ludzi”, lecz pełen pozytywnej, czystej energii. Z Artystą spotkałem się w Siemianowicach Śląskich. I było to dla mnie zarówno spełnienie marzeń, jak i ogromne przeżycie duchowe… A także możliwość porozmawiania z człowiekiem o niezwykle ciepłym głosie i dobrym sercu.

MŻ: Jarku, mamy XXI wiek… Artysta ma dziś w ogóle szansę powiedzieć coś rewolucyjnego czy raczej zostaje skazany na powtarzanie, z drobnymi zmianami, rzeczy dawno już powiedzianych?

JW: Jeśli jest to dla mnie rzecz pierwsza, świeża, a przede wszystkim głęboko przeżyta, to jest nowa. Ważne jest nie tylko „co mówimy”, ale „kto mówi”. W momencie, kiedy coś odkrywasz i dzielisz się tym swoim odkryciem z drugim człowiekiem, jest to twoje. Mimo że przed tobą mogło to powiedzieć już mnóstwo osób. Tak bym to ujął.

MŻ: W ostatnich latach odwiedzasz ze swoim recitalem wiele szkół. Jak myślisz, w naszym kraju nadszedł wreszcie czas na otwartą humanistykę? Pytam, bo czasami wydaje mi się, że nadal mentalnie tkwimy w przysłowiowym średniowieczu…

JW: Moim zdaniem, Polska nie jest krajem tolerancyjnym. Jednym z takich podstawowych punktów, jakie proponuję tym młodym ludziom i ich wychowawcom, jest właśnie położenie akcentu na to, że warto wychodzić z myślowego getta. Zacytuję pewne zdanie z mojego recitalu: „Jeśli jesteś żołnierzem w wojnie przeciwko drugiemu człowiekowi tylko dlatego, że ten ktoś jest inny niż ty, jesteś nieszczęśnikiem”. Doświadczam tego, rozmawiam o tym z ludźmi, że życie w otwartym świecie jest lepsze od życia w myślowej klatce. Nie przeceniam swego wpływu na innych, ale dochodzą do mnie sygnały, że także ten punkt mojego przesłania trafia w ludzką tęsknotę. Myślę, że pod spodem nietolerancji skrywa się pragnienie otwartości, ponieważ jest to interes każdego z nas. Różnimy się kolorem skóry, ubraniem, nacją… Wierzymy w różnego Boga lub nie wierzymy. Najważniejsze, żeby uznano tę odrębność, moją odrębność. Okazuje się, że ludzie z którymi się spotykam, mają takie samo pragnienie.

MŻ: W swoich wypowiedziach często posługujesz się metaforą drogi: „Poszedłem za Bogiem, choć trudno było mi przygotować się do tej podróży”, „Jestem w drodze ku dobremu” itd. Które określenie będzie dziś pasować do Jarosława Wajka: włóczęga, turysta, a może wędrowiec?

JW: Jeśli chodzi o sferę fizyczną, to posiadam stałe miejsce na ziemi. A ta wędrówka jest wędrówką duchową. W tym sensie ładnie brzmi „wędrowiec”. Znam cel. Miejsce, do którego zmierzam i ktoś, kto jest w tym miejscu, jest bardzo konkretny i określony. To nie jest włóczęga, czyli chodzenie bez celu i bez sensu… To wędrówka w określonym kierunku na spotkanie z kimś bardzo konkretnym.

MŻ: Bardzo cenię Cię jako wokalistę, ale przede wszystkim jako autora tekstów. Pięknych, głębokich, życiowych… Czy artysta musi być głodny, żeby wiarygodnie napisać o głodzie?

JW: Jeśli pytasz o moje pisanie, tak to wygląda, natomiast znam ludzi, którzy nie piszą na podstawie własnych przeżyć i wychodzi im to bardzo dobrze. A więc nie potrzeba mieć takich doświadczeń, aby potrafić o nich napisać. Ale nie chciałbym wypowiadać się o innych. Moje teksty dotyczą konkretnie przeżytych chwil… Chwil, kiedy byłem sam ze sobą, w spotkaniu z Bogiem, a także z drugim człowiekiem. Osobiście nie ślęczę nad tekstami, nie pieszczę fraz, tylko doświadczam czegoś i to zapisuję. Czuję wtedy, jakby „ktoś” większy podawał mi rękę z gotowym tekstem.

MŻ: Pragnąłbym zapytać o piosenkę Rzeka… Zastanawiam się, czy człowiek jest w stanie doznać tak metafizycznego uczucia, jak „zanurzenie się w śmierć”? Niektórzy, w szczególności racjonaliści, pewnie stwierdzą, że to fantazmat, literacki wymysł…

JW: To jest zapisanie mojej próby samobójczej, mojego dotykania śmierci. Z perspektywy czasu wiem, że nie chciałem się zabić, bo gdybym naprawdę chciał, to bym to zrobił. Ale rzeczywiście, przeżywałem taką chwilę. Chwilę totalnej niezgody na siebie samego.

MŻ: Na pierwszej próbie z Oddziałem Zamkniętym, zaśpiewałeś Dwa teatry Edwarda Stachury. Jako polonista muszę zadać to pytanie: za jakim typem literatury przepadasz? Pewnie to nie tylko Stachura…

JW: To w sumie nie była próba, tylko takie spotkanie z Wojtkiem Łuczajem-Pogorzelskim u niego w domu. Był ciekaw, jak śpiewam i właśnie sięgnąłem po Stachurę, po te Dwa teatry, a także po jakieś piosenki Żanny Biczewskiej. Jeśli chodzi o literaturę, to lubię poezję oraz takich pisarzy, którzy też są w drodze blisko życia. Może nie są to tuzy literackie, ale czułem z nimi braterstwo. William Wharton, z którym miałem okazję spotkać się w Łodzi. Sprezentowałem mu wtedy harmonijkę ustną. Thomas Pynchon – to klimaty narkotykowe. Castaneda, którego czytałem w odcinkach w „Zeszytach literackich”. Miał on bardzo duży wpływ na pewien etap mojego życia, w którym eksperymentowałem ze środkami psychoaktywnymi itd. Z polskich twórców cenię Miłosza i Hłaskę.

MŻ: Na płycie Bezsenność pojawiła się, moim zdaniem, najpiękniejsza wersja utworu Jesień idzie przez park Krzysztofa Klenczona. Zadziorna interpretacja. Skąd pomysł na Klenczona?

JW: Wyjechaliśmy kiedyś na trasę koncertową i na stacji benzynowej kupiłem kasetę Trzech Koron i Krzysztofa Klenczona, żeby zmienić trochę klimat muzyczny w naszym busie. Kiedy usłyszałem utwór „Czyjaś dziewczyna” poczułem niezwykłe poruszenie. Klenczon, który śpiewał w taki zrozumiały dla mnie sposób. Wyobraziłem sobie tego człowieka. Poczułem jego wrażliwość, jego samotność, a był taki moment w drodze z Oddziałem, kiedy byłem potwornie samotny. Potwornie… I właśnie wtedy pojawił się Klenczon, ta nuta tęsknoty za jakąś wspólnotą, za dobrymi rzeczami. Później jeszcze mocniej wgłębiłem się w twórczość Klenczona, ale wiele rzeczy mnie rozczarowało. Pewnie, kiedy ludzie obcują z moją twórczością też tak jest… Raz jest fascynacja, później rozczarowanie. No cóż, po prostu wszyscy jesteśmy nierówni. Wracając do Klenczona, te dwa utwory: „Dziewczyna” i „Jesień idzie przez park” szczególnie zagrały we mnie. Może właśnie „Jesień…” wywarła na tobie wrażenie z tego względu, że została zrobiona przez serce. Przymierzam się do akustycznej wersji tej piosenki. Jeszcze lepiej rozumiem to, że jesień idzie ku mnie…

MŻ: Pozostając przy bezsenności… Długo czekałem na ten moment i w tym miejscu chciałbym Ci ogromnie podziękować za dwa nieprawdopodobne teksty. Mam na myśli Drzewa i Do… z jedną z najgenialniejszych fraz: „Wierzę, że moja bezsenność Twoja jest”. Rozumiem, że bezsenność nie jest tu tylko stanem, ale przede wszystkim symbolem…

JW: To był taki czas, w którym wiele rzeczy mnie zaniepokoiło i martwiło. Zacząłem wtedy obserwować siebie, moje otoczenie, mój dom, moich przyjaciół – na trzeźwo, bez znieczulenia. Jednocześnie był to czas niezwykłej radości z tego powodu, że się wyzwoliłem z nałogów. Oglądanie życia na trzeźwo czasami powodowało, że nie mogłem po prostu usnąć. Bezsenne noce, podczas których rozmyślałem o moich przyjaciołach. Wymyślałem sposoby, jak pomóc, jak przekazać te myśli zapełniające mą głowę… „Wierzę, że moja bezsenność będzie Twoja” – to wyrażenie mojej wiary w sytuacje, w których ktoś – podobnie jak ja – zacznie analizować swoje życie i poprzez tę analizę zburzy komfort bezmyślności. Wierzyłem w przebudzenie: jednego, drugiego, trzeciej, czwartej…

MŻ: Ogromnie dziękuję. Życzę zdrowia i pomyślnego wędrowania.

JW: Dziękuję, Mateusz.

Siemianowice Śląskie, listopad 2014