Fantazmatyczne podejście do filozofii

Pierwsza część podręcznika (Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe) do języka polskiego dla klasy drugiej gimnazjum mocno zanurzona jest w filozofii. Nic dziwnego, skoro nazwa głosi: „U źródeł filozofii”… Czasami główki moich uczniów paliły się od obrony Sokratesa czy też stoickich wywodów Lucjusza Anneusza Seneki, szczególnie gdy dzień kończył się „polskim”. Mimo trudności i złożoności zagadnień, zaproponowałem wypracowanie, które niejako łączyłoby starożytność ze współczesnością. Uczniowie mieli możność dokonaniu wyboru tematu opowiadania spośród następujących: 1. Diogenes w bielskiej Sferze; 2. Z Sokratesem w polskim sejmie; 3. Z Epikurem na szkolnej wycieczce. Byłem bardzo zadowolony po sprawdzeniu tych dwudziestu trzech prac. Właściwie wypadałoby opublikować większość z nich, ale postawiłem na wypracowanie Szymka Kurowskiego, który wybrał temat nr 3…

W połowie stycznia, podczas ferii zimowych, wraz z kolegami i wychowawcą, wybraliśmy się do Tasmanii. Jest to największy stan w Australii, malownicze miejsce otoczone wysokimi pasmami górskimi oraz kilkoma większymi jeziorami. Pierwszego dnia urlopu zimowego spotkaliśmy się na lotnisku i przystąpiliśmy do wznoszenia się pomiędzy chmurami.

Po wylądowaniu przywitał nas chłodny wiatr i wilgotne powietrze. Nasz wychowawca rozdzielił pokoje. Zamieszkałem wraz z Harrym, Jarkiem, Alanem i nowym kolegą – Epikurem. Wyglądał mi na starszego od nas, ale „co ja wiem?” – pomyślałem. Był to chłopak, a raczej mężczyzna średniego wzrostu o lekko umięśnionej sylwetce, ulizanych włosach i dużym zaroście, co było dla mnie dziwne, wszak mamy dopiero czternaście lat… Musiał być starszy. W drugim dniu pobytu wybraliśmy się na penetrację tutejszych terenów. Z każdym krokiem obszar zdawał się być coraz bardziej zaskakujący. Bujne lasy, wysokie zaśnieżone szczyty górskie – było to przepiękne. W pewnym momencie spostrzegłem, że Epikur nie zabrał swojego plecaka. 

– Epikur, a dlaczego ty nie masz ekwipunku? – zapytałem. 

Nie potrzebuję. Po co mi to całe dobrodziejstwo, batoniki, słodycze, słone przekąski. Mnie wystarczy zerwany z drzewa owoc – odparł.

Po kilkudziesięciu minutach marszu opiekun oznajmił nam, żebyśmy odłożyli plecaki i zbliżyli się do małego misia koala. Nagle usłyszeliśmy kilka dziwnych dźwięków, mniej więcej jakby ktoś rozrywał odzież. Obróciliśmy się i ujrzeliśmy stado młodych torbaczy, które przy zabawie niszczyło nasze plecaki. Wszyscy byliśmy zdezorientowani, a Epikur się uśmiechał.

– Epikur! – zawołałem.

– Tak? – zapytał.

– Co ci tak wesoło?

– To jest to, o czym ci mówiłem na początku. Nie miałem plecaka, czyli „dobrodziejstwa” i nie jestem smutny, załamany, bo nic nie straciłem – rzekł zadowolony Epikur.

– A tak… Ta twoja filozofia – przewróciłem oczami. – A co jeszcze mówi ta twoja umiłowana mądrość?

– To, że człowiek jest głupi, jeśli boi się śmierci…

Chciał rozpocząć wykład o czuciu i braku czucia, lecz szybko storpedowałem jego zamiary. Powędrowaliśmy z powrotem do kwater. Później, korzystając z czasu wolnego, ponownie zacząłem dopytywać Epikura o jego filozofię. Opowiedział o swoich poglądach na temat nauki i wiary. Dużo wyniosłem z tych dyskusji. Miałem jednak tylko jedno pytanie lub raczej podejrzenie, czy zawsze postępuje w myśl swoich przekonań. Musiałem to sprawdzić.

– Epikur, skoro nie boisz się śmierci, to zeskocz z pierwszego piętra. 

Byłem pewny, że tego nie zrobi. Chwilę później żałowałem tego, co powiedziałem. Mój kolega wyskoczył przez okno jakby nigdy nic!!! Na szczęście nic mu się nie stało. Zaskoczył mnie. Był to prawdziwy „filozof-kozak”. Po kilku dniach szczęśliwi i zdrowi wróciliśmy do domów.