„Potęga dziecięcej wyobraźni” – felieton gimnazjalisty cz. I

„Wielki sklep z zabawkami ma w sobie niezwykłą radość, która czyni go milszym od wytwornych mieszczańskich mieszkań. Czyż nie mieści się w nim całe życie – w miniaturze, ale o ileż barwniejsze, czystsze i połyskliwsze niż prawdziwe? Są tam ogródki, teatrzyki, piękne stroje…” – ileż już razy rozkoszowałem się nad Cnotami zabawki Charlesa Baudelaire’a? Oj, wiele… Kilkanaście dni temu powróciłem do tego tekstu po raz kolejny. Pretekstem był temat dotyczący zabawek dzieciństwa. Myślę, że nie tylko felieton Eco (proponowany przez podręcznik), ale przede wszystkim Baudelaire oddał fenomen przedmiotu, jakim jest zabawka. Przy okazji zachęciłem gimnazjalistów, by przypomnieli sobie własne zabawki i przywrócili im życie chociażby w autorskich tekstach zatytułowanych Potęga dziecięcej wyobraźni, czyli ożywianie zwykłych przedmiotów…

Jakiś czas temu na lekcję języka polskiego mieliśmy przynieść swoją zabawkę z dzieciństwa. Długo zastanawiałem się, co mógłbym zabrać. Postanowiłem wieczorem wyjść na strych, gdzie znajduje się nieuporządkowany skarbiec, w którym są rzeczy czekające na swoją wyjątkową rolę w domu. Ozdoby świąteczne, choinka, ale także te, które mają już za sobą swoją młodość. Przebijając się przez sterty pudeł, znalazłem wreszcie zabawkę, która wywołała we mnie wspomnienia. Był to samochód na pilota. Mimo że ten gadżet darzę wyjątkowym sentymentem, postanowiłem napisać o innej zabawie z dzieciństwa.

Od szkraba zbierałem różne piłki, bramki, do których dochodziły inne piłkarskie akcesoria. Gdy miałem siedem lat, mama kupiła mi magazyn ,,Bravo Sport’’, gdzie znajdowały się naklejki z piłkarzami. Nie można było tego nazwać kolekcjonowaniem. Nie posiadałem wtedy żadnego albumu, ale jeszcze wcześniej miałem starsze karty, które kiedyś należały do mojego brata. Były one w moim wieku, ponieważ pochodziły z 2002 roku. Wtedy jednak przeszły niejako w niepamięć. Rozpakowałem szybko opakowanie naklejek i rozpocząłem zabawę, która z czasem przerodziła się w rytuał. Brałem moich piłkarzy, ustawiałem bramki, kładłem piłkę będącą wcześniej zestawem klocków Lego, a dywan zamieniał się w murawę. Nagle zwyczajne portrety zaczęły dryblować, stwarzać niesamowite akcje. Bramkarze popisywali się interwencjami po strzałach wydających się nie do obrony. Z czasem zaczęły się pojawiać nowe karty i stworzenie składów nie było tak proste, więc zacząłem rozgrywać turnieje. Niektóre karty nie wyglądały zbyt okazale… Pogięte, zdarte, jednak nie miałem sumienia ich wyrzucać. Do dziś pamiętam, jak przyszedł do mnie kolega wymieniać się ,,piłkarzami”. Wyciągnąłem swoją szkatułkę i zaczęły się transfery. Jako że on kibicował Realowi, był gotów oddać Messiego za inne nazwiska. Wówczas wydawało mi się to interesem życia! Dziś po zabawie zostały mi schowane w pudełku karty, przysypane kurzem zapomnienia.

Rozgrywanie takich meczów miało w sobie pewien klimat, pobudzało wyobraźnię, nie może równać się do wirtualnej gry w FIFĘ. Tam wszystko jest banalne, tylko klikasz. Zabawa wymaga natomiast czegoś więcej. W twoich rękach i w głowie ożywiasz przedmioty, możesz zrobić z nimi wszystko, one są twoimi aktorami. Po nich zostają wspomnienia, a nie tylko zapisane wyniki na dysku. W pełni zgadzam się z myślą Charlesa Baudelaire’a. Bez wątpienia ,,zabawka jest pierwszym wtajemniczeniem dziecka w sztukę’’.

Kosma Mojżesz, II klasa gimnazjum