Ostatni raz w spowiedzi świętej byłem…

Bardzo dawno temu. Niegdyś wpojono mi do głowy żelazną regułkę: „Jestem chłopcem. Chodzę do klasy drugiej. Ostatni raz w spowiedzi świętej byłem dwa tygodnie temu. Przez ten czas obraziłem Boga następującymi grzechami”… Powtarzałem ten wiersz latami. Do momentu pewnych Świąt Wielkanocnych. Stanąłem w kolejce do spowiedzi, zacząłem obserwować otoczenie i zdałem sobie sprawę z bezsensowności tej inscenizacji. Opuściłem świątynię. Już nigdy więcej nie stanąłem i nie stanę w kolejce.

Szanuję ludzi religijnych. Ludzi, dla których Ewangelia nie sprowadza się tylko do odpustowych form. Ludzi, dla których msza święta jest przeżyciem sacrum, a nie odbębnieniem czterdziestu pięciu minut. Lubię rozmowy z tego typu osobami, bo wiele mogę się nauczyć, dowiedzieć. Kilka miesięcy temu, podczas Młodzieżowych Mistrzostw Polski w futsalu, przebywałem w pokoju z ojcem jednego z uczniów. Wspaniale interpretował niektóre wersy Apokalipsy Św. Jana. Jego opowieści o kontaktach ze Słowem Bożym były pełne pasji, pełne emocji, pełne wiary. Dostrzegłem w tym wszystkim szczerość.

Szczerości brakuje mi natomiast w przepełnionych parkingach przykościelnych w okresie świątecznym. Tłumy zaczynają napierać na konfesjonały. Księża hurtowo pukają w drewnianą ściankę. Żale za grzechy frywolnie fruwają w powietrzu. Z czystym (czy aby na pewno?) sumieniem można przyjąć Baranka.

Przechodząc wczoraj obok kościoła, zastanawiałem się, gdzie tu miejsce i czas na szczere duchowe oczyszczenie, rzetelną autorefleksję? Po dwóch minutach spowiedzi trudno przecież przeżyć katharsis! Mnie się udało, bynajmniej nie stałem w kolejce, nie spieszyłem się, nie klęczałem. Spowiedź bardziej przypominała zaufaną rozmowę między człowiekiem i duchownym. Było to dla mnie coś ważnego. Wierzę w moc takiej chwili. Tak istotnej na tle bezdusznych pozorów.

Powyższy felieton pisałem przy dźwiękach Jesus Christ Superstar. Cudowny musical. Nie dziwię się Maciejowi Balcarowi (rola Jezusa w chorzowskim Teatrze Rozrywki), że słucha go prawie codziennie. Judasz kładzie mnie na łopatki już na początku aktu pierwszego, kiedy śpiewa:

Jezu, biorą obrót zły sprawy twe.

Jezu, Jezu przyznać musisz to, że

Byłem zawsze prawą ręką twą,

Więc słuchaj mnie.

Tłum podpaliłeś pieśnią swą,

Mesjasza w Tobie widzieć chcą

I zniszczą wiedząc, że mylili się…

Niejednokrotnie zastanawiałem się, dlaczego broadwayowskie przedstawienie niepokoi moje życie duchowe bardziej, aniżeli ambona? Po części odpowiedź znalazłem w artykule Zagadka Jezusa Józefy Hennelowej: „Nie zaskakuje mnie w niczym fakt, że ten sam Jezus Chrystus dla każdego człowieka był, jest i będzie żywy trochę inaczej (…). Po to są święta, żeby tajemnica ta docierała do nas w swoich różnych błyskach: tak zachwycających jak Boże Narodzenie, tak uciszających jak trzydzieści lat jego milczenia w Nazarecie, tak wstrząsających jak jego nauczanie, które przewartościowuje uznane porządki i wartości”.