Bieszczady, punkowcy, rozbity dzban

Spontaniczna eskapada w Bieszczady utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie warto tracić energii na internetowe załatwianie niektórych spraw. Szczególnie tych związanych z biletami i podróżami. To, co widnieje w sieci, często mija się z rzeczywistością. Doświadczyłem tego kilka razy, przeżyłem to i teraz.

Od dawna marzyłem, by zobaczyć koncert punkrockowej grupy KSU w ich rodzinnym mieście, czyli w Ustrzykach Dolnych. Lubię KSU. Za dźwięki, za historię, za przebojowość i przede wszystkim za teksty. Punkowym zespołom zarzuca się prymitywizm w graniu i przekazie. Często są to zarzuty bezpodstawne, w przypadku KSU –również. Eugeniusz „Siczka” Olejarczyk, lider KSU, śpiewa o złożoności piękna natury (szczególnie tej bieszczadzkiej), nierzadko krytykuje świat polityczny. Mnie najbardziej przekonują te teksty, które obrazują samotność, depresję i stres człowieka żyjącego w pozornie ułożonym kraju. Ot, choćby płynący teraz z głośników Obywatel:

„Idziesz drogą i od razu zginasz kark / twoje życie to dla innych kiepski żart / aż do ziemi cię przygniata ciężar trosk / gest usłużny, twarz pobladła, cichy głos / Dzień się skończył / leżysz w łóżku, zwykła noc / Twoje sny bezbarwne są, zasnute mgłą / Twoje lęki nie opuszczą Cię o świcie / Ciągły strach steruje twoim szarym życiem”

Myślę, że w przyszłości treści tego zespołu doczekają się jakiejś ciekawej dysertacji.

Od trzynastu lat KSU regularnie w sierpniu występuje w swoich Ustrzykach. Zazwyczaj sztuka przypadała na sobotę, więc automatycznie mój wyjazd stawał się niemożliwy, zważywszy na rozgrywane tego dnia mecze. Tym razem, koncert odbywał się w poniedziałek, w przeddzień Święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Mecz graliśmy w sobotę, także w drogę…

Sprawdziłem rozkład jazdy, wedle którego miałem wyjechać z Katowic autobusem bezpośrednio do Ustrzyk Dolnych. Nie bawię się w rezerwacje, w płatności internetowe, dlatego też zdziwiłem się, gdy kierowca oznajmił mi na katowickim dworcu PKS, że wszystkie miejsca są wykupione. „Nie widział Pan w Internecie!?” – spytał z nutką pretensji. Odpowiedziałem, że nie, zresztą niespecjalnie się tym interesowałem. Mimo tego, pozwolił mi jechać do Krakowa, a później się zobaczy… Skończyło się tak, że dotarłem w Bieszczady bez przesiadek. Gdybym wcześniej spoglądał w Internet i zobaczył napis BRAK MIEJSC – z pewnością machnąłbym ręką i zostałbym w domu. Warto czasem dać szansę prozie życia, a nie bezdusznemu mechanizmowi elektronicznemu.

Na miejsce dotarłem dość wcześnie, więc włóczyłem się po miasteczku. Bardzo fajne, przytulne miejsce. Dużo zieleni, wody, ciekawy ryneczek. Co prawda Siczka w utworze Ustrzyki śpiewa: „Piękne miasto w samych górach / dwie ulice, jeden gmach / wszyscy chodzą tu po dziurach / każdy żyje jak się da” – to jednak wydaje mi się, że ludziom fajnie się tam egzystuje, a dziur znowu nie ma tak dużo. Przy okazji chciałem zaliczyć jakiś szczyt, planowałem Małego Króla, nawet znalazłem szlak, ale jak się zapuściłem w las, to natychmiast zawróciłem. Przyjaciele znają moją orientację w terenie, więc w trakcie czytania tego tekstu pewnie dojdą do wniosku, że podjąłem najlepszą decyzję z możliwych. W innym wypadku wielce prawdopodobne, że trwałaby właśnie akcja poszukiwawcza.

Koncert odbywał się w Parku pod Dębami. Byłem pozytywnie zaskoczony frekwencją, naprawdę sporo ludu! KSU zaczęło od piosenki pt. Rozbity dzban, a skończyło punkowym hymnem, czyli Jabol Punk. Świetne, zadziorne wykonania. Niby punk rock, ale jakie przy tym harmonie folkowe! Obok mnie stał facet, na oko ponad pięćdziesiąt lat. Śpiewaliśmy wspólnie wszystkie teksty, totalnie zdarłem głos.

Po koncercie moment kryzysowy. Najwcześniejszy autobus wyjeżdżał o czwartej nad ranem, więc perspektywa pięciu godzin samotnego czekania nie była zbyt atrakcyjna. Często w takich chwilach zaszywam się w dworcowej poczekalni, wyjmuję książkę i czytam lub coś piszę. W Ustrzykach nie ma budynku dworcowego, tylko przystanki w plenerze. Akurat trafiła się bardzo zimna, górska noc. Razem z poznanymi punkowcami z Sanoka drżałem i odliczałem minuty do czwartej. W pewnym momencie zrobiło się tak zimno, że trzeba było zaszyć się w klatce schodowej pobliskiego bloku.

Po wejściu do zbawiennego autobusu, okazało się, że… miało go w ogóle nie być! Internetowe bilety sprzedały się w tak małej ilości, że szefowie firmy przewozowej dzień wstecz podjęli decyzję o połączeniu kursów i wstrzymaniu elektronicznych rezerwacji na ten najwcześniejszy. Na szczęście taka miła, starsza kobieta z Ustrzyk, która kupiła bilet kilka tygodni wcześniej, odwiodła ich od tego postanowienia i zmusiła do odjazdu zgodnie z podanym rozkładem. W trasie powiedziałem jej, że uratowała mi życie. To był też kolejny dowód, że trzeba być ostrożnym w zawierzaniu internetowym informacjom i rezerwacjom.

W sytuacjach kryzysowych (takim jak wspomniane kilkugodzinne ślęczenie na klatce schodowej) miewam chwile zwątpienia w swoją „inteligencję”. Nieraz nazywam się w myślach „idiotą”. Mówię sobie: „Chyba nigdy więcej”. Ale po powrocie do domu, chwili regeneracyjnego snu budzę się i… sprawdzam, gdzie kolejny daleki koncert.