Po niepodległościowym święcie. Wybieram brud. Nie będę błotem

Pod koniec ubiegłego roku szkolnego, w okolicach czerwca, kiedy to nadeszły już pierwsze upały, wsiadłem do autobusu. Zaraz po wejściu do starej „pięćdziesiątki” dostałem w twarz niebywałym gorącem, potężną duchotą. Spojrzałem na siedzących ludzi. Byli umęczeni, spoceni. Jechali w takich warunkach już dobre kilkanaście minut. Jedni tępo spoglądali za okno, drudzy słuchali muzyki, jeszcze inni byli zapatrzeni w swoje telefony. Nikomu jednak nie przeszkadzał smród, pot i niemożność oddychania. A wystarczyło tylko podnieść cztery litery i jednym ruchem ręki uchylić najbliższą szybę. Nikt się na to nie odważył. Przeszedłem więc po całym autobusie i pootwierałem te przeklęte okna. Dojechałem. Przeżyłem. Przytoczona sytuacja, pozornie banalna, naświetliła bardzo niebezpieczną rzecz. W mikroskali uwypukliła społeczną obojętność na wszelkie narzucone elementy otoczenia. Po ostatnich wydarzeniach związanych ze Świętem Niepodległości nie można pozostać obojętnym!

Szczepan Twardoch w swoim dzienniku Wieloryby i ćmy stwierdził, że takie pojęcia jak: „ojczyzna”, „demokracja” to tylko dekoracje, hipostazy. Pisarz dodał, że człowieka powinny bardziej zajmować przyziemne dylematy. Krawat czy skórzana kurtka? Sało do wódki czy rosół? „Ojczyzna” to według niego abstrakcja. Można się spierać z takim poglądem, chociaż… Chyba nie odbiega on daleko od rzeczywistości (patrz: scena z autobusu). Uważam jednocześnie, że nadchodzą momenty, kiedy to rosół powinien ustąpić miejsca głębszej refleksji. Odstawmy więc łyżki na dłuższą chwilę…

Przed sobą mam położone dwie gazety: „Sieci Prawdy” i „Newsweek”. Na niewielkim biurku rozpościerają się dwa narody, dwie Polski. Niesamowite wrażenie. Te Polski ogarnia moja mała lampka; ogarniają je moje dłonie i oczy. Nie ogarnia umysł. Spoglądam na okładkę jednego z wymienionych tygodników. Widnieje nań prowokacyjny napis „Nieprawdziwi Polacy”, w tle zdjęcia kilku znanych postaci. Prawy, dolny róg uzupełnia pusta ramka. Miejsce dla mnie? Dla Ciebie? A może dla nikogo z nas… Od razu przyznam, że wprowadzanie wizytówek „prawdziwy Polak”, „nieprawdziwy Polak” to obleśna, obrzydliwa zagrywka. Jakimi kategoriami mierzyć? Jakie kryteria przyjmować? Kto ma prawo do ostatecznego sądu? Bardziej precyzyjna wydaje się myśl: „minimum patriotyczne” – stworzona przez profesora Zybertowicza, ale jak słusznie zauważył w trakcie debaty Arena Idei profesor Bralczyk, każde minimum wymaga zapytania o maksimum. To bardzo pożyteczne spory intelektualne. Ciekawsze od debaty politycznej, która jest totalnym dnem z użyciem propagandowej broni.

Przyznam, że nie jestem zwolennikiem, ani też zażartym krytykiem obecnego rządu. Byłem miło zaskoczony dotrzymaniem słowa w kontekście programu 500+. Przykro mi słuchać opinii głoszących, iż teraz zamieniono tanie wino na „Finlandię” z sokiem pomarańczowym. Wierzę bowiem w humanitarny cel tego projektu, jak i odpowiedzialność ekonomiczną jego pomysłodawców. Podoba mi się również pomoc państwa dla młodych ludzi pragnących własnego mieszkania. Z drugiej strony bulwersuje mnie bezpardonowa wycinka naszych dóbr naturalnych, jak i trzęsienie granicami trójpodziału władzy. Takie sposoby nie są żadną naprawą, a kuglarstwem prowadzącym do fatalnego zakończenia na podobieństwo wizji z przypowieści Jak rozwiązano sprawę długowieczności autorstwa Leszka Kołakowskiego:

„Mordercza walka ciągnęła się tak długo, aż z całego królestwa Gorgola pozostało tylko dwóch ludzi. Byli to medyk Ramo i medyk Najna, dawni przywódcy dwóch spośród zwalczających się stronnictw. Spotkali się na gruzach stolicy wycieńczeni wojną, słaniający się na nogach. Spojrzeli na siebie wrogo; jeden szepnął ochrypniętym głosem: „szpinak”. Drugi pisnął cienko: „nosy ucinać”. Ale nie mieli już sił, aby walczyć ze sobą. Byli zresztą jedynymi mieszkańcami (…). Królestwo Gorgola przestało istnieć, bo cóż to za królestwo, gdzie jest tylko dwóch obywateli z uciętymi nosami, jedzących szpinak?”

Patriotycznym odruchem byłoby zrozumienie powyższej metafory przez współczesnych polityków najważniejszych partii. Medyk powinien leczyć, a nie doprowadzać do rozkładu, upadku. Medyk powinien uspokajać, a nie podpalać. Niestety chętnych do podpalania (np. kukieł Żydów) mamy naprawdę wielu. Załamałem się po obejrzeniu niektórych relacji z obchodów Święta Niepodległości. Rozumiem, że nie tylko w Polsce są faszyści, ale nic nie może usprawiedliwiać (nawet jeśli to „margines marginesów” – jak twierdzi Jarosław Kaczyński) agresywnych tonów we Wrocławiu i żenujących haseł w Warszawie. Wstyd! Część moich rodaków utożsamia czystą krew z białą Europą. W takim razie wybieram brud i – paradoksalnie – nie będę błotem.

Patriotyzm? Tak, bo podnoszę papierek z ulicy i wrzucam go do kosza. Tak, bo ustępuję miejsca starszym w autobusie. Tak, bo wspieram kulturę. Tak, bo staram się dbać o język polski. Tak, bo życzę uczciwym imigrantom, żeby w Polsce czuli się bardzo dobrze. To właśnie moje rozumienie patriotyzmu. Nie zawsze dostrzegam go w wytatuowanych symbolach Polski Walczącej, w koszulkach „Wyklętych”. Polska dla Polaków? Biała Europa? Nigdy! W innym wypadku trzeba będzie stąd spadać. Któż normalny chciałby słaniać się na nogach z obciętym nosem i szpinakiem…

PS Cieszę się, że niektórzy przedstawiciele obozu zjednoczonej prawicy są świadomi skutków nieodpowiedzialnej retoryki. Szczególnie spodobała mi się wypowiedź prof. Andrzeja Nowaka: „Nie możemy delegitymizować praw tej więcej niż połowy Polaków, która myśli inaczej niż my. A przyzwyczajenie, że możemy wszystko narzucić, bo wygraliśmy wybory, prowadzi do patologizacji mentalności”.