Dziennik sztokholmski [10 IX-15 IX]

10 IX 2018 – „Właśnie podałem szklanki z chłodną wodą polskim budowniczym, którzy majstrują na wysokości piątego piętra, czyli obok mego balkonu. Korzystając z okazji, pogawędziłem z nimi troszkę o szczurach… Mieszkamy sobie na dopiero co powstającym osiedlu studenckim niedaleko od centrum Sztokholmu (z 15 minut jazdy pociągiem). Codziennie – z wyjątkiem niedzieli – od 7:00 rozpoczyna się jazda na całego. Młoty, koparki, huk. Pragnąłbym czasami pospać dłużej i skorzystać z wolnego dnia, ale cóż zrobić? Po niemrawym otworzeniu oka przypomina mi się pewna scena z Dnia świra. Chciałoby się powtórzyć zapytanie bohatera: „Czy Panowie muszą…”. Cytować dalej? Jednak dzięki tej znaczącej ekipie robotników z Polski nie martwię się o moją polszczyznę. Dialogi, zwroty i soczyste frazy latające w powietrzu są tak intensywne, że Michał Rusinek zrobiłby z nich odpowiedni pożytek. Niestety przypomina mi się też Dżuma Camusa…

Staram się utrzymywać formę, więc biegam w wolnym czasie. Po ostatnim treningu zauważyłem pod kontenerami na śmieci dwa potężne szczury dobierające się do jadła. Kilka dni później, podążając wczesnym rankiem na dworzec, szczur przebiegł mi przed nogami, wbiegł na ulicę, popatrzył na samochody i znudzony powrócił w miejsce budowy. Niezła jazda. Przy skrzynkach pocztowych na parterze da się usłyszeć charakterystyczny szelest.  Zapytałem więc naszych pracujących rodaków, czy też zauważyli długoogonowych przyjaciół. Owszem… Najwięcej ich jest przy barakach. „Trudno je będzie wytępić” – szczerze odparł postawny robotnik. A tak lubiłem ten kawałek Maanamu: „Nogi, nogi, setki nóg, tupią tupią tup-tup-tup”. Teraz też lubię, ale jakby mniej.

13 IX 2018 – „Akurat w ostatnim czasie pracuję wyłącznie ze Szwedami. Gadam mniej, więcej słucham. Na szczęście jest dwóch kolesi heavymetalowców: Jon i Johann. Reklamuję im naszą polską muzę. Rozpoczęli naukę od klasyki. KAT – w tłumaczeniu HEADSMAN. Puściłem im Bastard, kręcili łbami aż miło! W grudniu wybieramy się na koncert Slayera, w styczniu do Sztokholmu zawita Behemoth”

14 IX 2018 – „Stanisław Przybyszewski pod koniec XIX wieku niemiłosiernie hulał z Augustem Strindbergiem w berlińskich restauracjach. Po latach, w książce Moi współcześni. Wśród obcych, pisał o nim: „Strindberg! Strindberg! Wżarł się w moją duszę ten opętany geniusz nienawiści” ; „A jak niezmiernie graniczy geniusz z obłędem miałem niestety sposobność stwierdzić w obcowaniu – przeszło całorocznem obcowaniu ze Strindbergiem”. Strindbergsmuseet znajduje się przy głównej ulicy w Sztokholmie. Warto było zajrzeć. Pozostałe po szwedzkim pisarzu rzeczy, pamiątki, dzieła w przystępny sposób ukazują jego pasje literackie, muzyczne, malarskie i fotograficzne. Nie lada gratką jest możność obejrzenia mieszkania Strindberga, w którym niewiele zmieniono od czasów jego śmierci (1912 r.). Szczególnie spodobał mi się salon z posążkami Beethovena, Goethego, fortepianem przy ścianie i stołem po środku. Do tego widok na spacerującą stolicę. Obok pracownia… Przyciemniona. Krzesło, biurko z wzorcowym porządkiem i sofa. Wrażenia potęgowały efekty dźwiękowe niosące oddech, także kaszel pisarza. Na pamiątkę Yasi kupiła mi piękny notatnik ze znakomitą fotografią starego Strindberga w czarnym cylindrze, długim płaszczu – przebijającego się przez śnieżną, skandynawską zamieć. Zaczynam poszukiwania dzieł Strindberga, a te – jak już zauważyłem – to białe kruki. Na początek chętnie sięgnąłbym po Inferno, Dziennik okultystyczny, Syna służącej oraz Szwedzkie losy i przygody. Kto takowe tytuły posiada, proszę o kontakt”.

15 IX 2018 – „Wypad do Skansenu, gdzie odbyły się uroczystości związane z obchodami 100-lecia niepodległości Polski. Miły gest ze strony Szwedów, jak i świetna inicjatywa środowisk polonijnych. Zagrała Kapela Ze Wsi Warszawa. Pewnie nieczęsto zdarza im się występować na scenie z taką perspektywą widokową. Morze, a tuż za nim wielkie miasto z gotyckimi katedrami. SztokholmNiespodziewanych emocji dostarczył występ grupy teatralnej z Krakowa. Kiedyś rechotałem z poloneza. Mówiłem, że w życiu czegoś takiego nie zatańczę… I chyba nie zatańczyłem. Jednakże w tym kontekście… Muzyka i ubiór artystów nawiązywały do kultury szlacheckiej. Ścisnęło trochę serducho, kiedy zabrzmiał (abstrahuję od wymowy tego utworu) Z pasa słuckiego pożytek Jacka Kaczmarskiego. Dość ciekawym doświadczeniem jest poznawanie swojej polskości w dalekim kraju. Jestem na początku tej drogi. Myślę, że lekcje języka polskiego dotyczące spuścizny naszych romantyków miałyby szanse całkowitego powodzenia pod jednym warunkiem: powinny być prowadzone za granicą, co najmniej miesiąc od wyjazdu. Ale kogo na to stać…    

Autorka fotografii: Claudia-Yasmin Heidari