Wywiad dla WP Sportowych Faktów

Mateusz Żyła był dobrze zapowiadającym się zawodnikiem, przyjeżdżał na zgrupowania reprezentacji młodzieżowej. Dziś jest znany jako współautor autobiografii Romana Kostrzewskiego, lidera grupy Kat, legendy polskiego heavy metalu.

WP-SportoweFakty-_LOGO

Dla fanów muzyki metalowej świetna książka „Głos z ciemności” to bardzo istotna pozycja. Roman Kostrzewski dla wielu odbiorców znany jest jako „pierwszy polski satanista”, ale faktycznie to artysta o wielkim warsztacie, autor wielu tekstów na pograniczu poezji. Spore było zdziwienie środowiska piłkarskiego, gdy okazało się, że współautorem jego książki jest Mateusz Żyła, były zawodnik Dyskobolii Grodzisk Wlkp., Sandecji Nowy Sącz oraz Podbeskidzia Bielsko-Biała.

WP SportoweFakty, Marek Wawrzynowski: Myśli pan, że mógł pan zdziałać więcej w piłce? Był moment, gdy był pan naprawdę blisko dużej piłki, jeśli tak można określić naszą ligę.

Mateusz Żyła: Nigdy nie nazwałbym polskiej ligi (szczególnie tej współczesnej) „wielką piłką”. To raczej – jak to świetnie ujął chyba Rafał Stec – „tak zwana Ekstraklasa”. Ot, kopanie przy fajnej otoczce. Bez tej iluzorycznej firany obraz okazałby się smutny, by nie napisać okrutny. Kontrast pomiędzy zarobkami a umiejętnościami jest nieprawdopodobny, czego przykładem są występy naszych ekip w pucharach. I zaznaczam, że nie przemawia przeze mnie zazdrość. Wprost przeciwnie. Cieszę się, że życie nie zamknęło mnie w kokonie piłkarskich ścian.

No dobrze, ale zagrał pan dwa mecze w Ekstraklasie, a tysiące polskich nastolatków i o tym nie mogą pomarzyć. Więc niby nic a jednak… Mógł pan zdziałać więcej?

Mogłem. Najbliżej grania byłem, gdy trenerem w Grodzisku został Maciej Skorża. Od razu zauważył we mnie potencjał. 17 lat, lewa noga, nieźle wyglądałem w treningu i na obozie przygotowawczym w Turcji. O ile zawsze mówię, że po prostu zabrakło mi umiejętności na granie w Ekstraklasie czy może nawet w pierwszej lidze, to jednak jeśli chodzi o ten moment… Po latach stwierdzam, że trenerowi Skorży zabrakło odwagi. Zdecydował się na zakup Filipa Ivanowskiego za duże pieniądze. Filip szybko doznał kontuzji… Po powrocie słaniał się na nogach, a jednak wyszedł w „11” na pierwszy mecz ligowy. A więc dajemy szansę kulejącemu Macedończykowi, a nasz młody niech czeka. Skorża uległ zewnętrznej presji. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem złożone mechanizmy istniejące w naszej piłce. Niemniej cenię trenera Skorżę za wiedzę, ciekawe treningi i szansę posmakowania profesjonalnej piłki.

Trenerem w Grodzisku był Jacek Zieliński, jakie miał pan z nim stosunki?

Zwykłe. Trener bardziej dbał o interesy starszyzny, czego dowodem były pretensje w kierunku młodych zawodników ujęte w charakterystycznym krzyku: „Ku..a, młodzi!!!”. Trener Zieliński raczej mnie nie widział, aczkolwiek… Kiedyś zagrałem dobry mecz w Młodej Ekstraklasie przeciwko Górnikowi Zabrze. Akurat świadkiem moich manewrów był prezes Drzymała. Boss musiał coś chyba powiedzieć trenerowi Zielińskiemu, bo trzy dni później zostałem powołany na wyjazdowy mecz Pucharu Ekstraklasy (też z Górnikiem). Mało tego, po wejściu do autokaru trener zapytał: „Jest Żyłka?”. Zaskoczyło mnie to, ale i potwierdziło, jak ważne są uwagi Drzymały. Pamiętam, kiedy wybrałem się do kawiarenki klubowej na mecz: Lech – Groclin. Nieoczekiwanie zastałem przed telewizorem prezesa Drzymałę i jego paziów. Prezes w trakcie meczu emocjonował się niezwykle. W końcu zadzwonił do kierownika drużyny – wtedy Tadeusza Fajfera, zresztą bardzo fajnego gościa: „Tadziu, dajcie wreszcie na boisko tego Batatę”. Nie minęło pięć minut, a Sergio zjawił się na ekranie. A wracając do trenera Zielińskiego, to ciekawy człowiek, oczytany w Kapuścińskim i Sienkiewiczu. Żałuję, że nie wiedziałem tego w trakcie naszej współpracy.

Ma pan jakieś takie zdarzenie, które od razu kojarzy się panu z Grodziskiem?

Lubię wspominać ludzi, o których nigdy nikt nic nie napisze w gazetach, ponieważ pełnią „podrzędne” role. Takim człowiekiem był w Grodzisku pan Stasiu – gospodarz. Na pierwszy rzut oka nieprzyjemny, oschły. Kiedy pierwszy raz wszedłem po jakiś sprzęt do magazynu, spotkałem się z bardzo sympatycznym przywitaniem: „Wypier… mi stąd!”. Nie popuściłem tak łatwo i po paru tygodniach udało mi się zagadać, a nawet załatwić jakąś dodatkową bluzę. Później polubiliśmy się do tego stopnia, że w momencie pożegnania z Grodziskiem wymieniliśmy się adresami. W jakieś święta wysłałem kartkę z życzeniami i doczekałem się odpowiedzi w postaci pięknie napisanego listu o tym, jak przebiega życie w Grodzisku „po erze Groclinu”. Niedługo później pan Stasiu zmarł, dlatego ten list stanowi dla mnie ważną pamiątkę. Grodzisk wspominam dobrze, ale nie wszystkich lubiłem. Miałem drobne spięcia z Przyrowskim, w moim odczuciu totalnym cwaniakiem. W małych gierkach specjalnie rzucał z ręki nieprzyjemne piłki młodym zawodnikom, by później mieć okazję do głośnych pretensji. Kiedyś na meczu rezerw nie wytrzymałem i ostentacyjnie rzuciłem w jego kierunku wiązankę. Wtrącił się trener: „Mateusz, nie można tak. To zawodnik z ligi”. Przyjmowanie takich kategorii przy podejściu czy ocenianiu ludzi było dla mnie nie do przyjęcia.

Rozumiem, że są miejsca, z którymi ma pan ciekawsze wspomnienia.

Z pewnością Sandecja Nowy Sącz. Kapitalna ekipa z trenerem Araszkiewiczem. On był świetny! Miał nietypowe podejście do życia, zawodu trenera, swoich zawodników. Na treningach niejednokrotnie patrzyliśmy z podziwem na jego „depnięcie” na pierwszych metrach i potężne uderzenia. Świetnie również grało mi się w GKS Tychy za czasów Mirosława Smyły. To była szatnia! Bizacki, Zadylak, Kasprzyk, Wesecki, Wróbel, Odrobiński, Masternak. Hanysy z krwi i kości. Ten ostatni zawsze mnie zaskakiwał. Schodzimy po ciężkim treningu, rozbieramy się w szatni, a tu „Masta” (już wtedy dobrze po trzydziestce) bierze halówki i szybko wychodzi, bo koledzy już czekają na asfalcie. Świetna nauka tego, czym jest prawdziwa pasja i charakter. Zresztą uwielbiałem przebywać w Tychach. Chadzałem ścieżkami Ryszarda Riedla (wokalista zespołu Dżem – red.), niejednokrotnie po meczu ruszałem na piwko „Pod Jesiony”, gdzie wisiał ten charakterystyczny czarny kapelusz. Fantastycznie również było przez ostatnie pięć lat w moim macierzystym klubie, RKS Czechowice-Dziedzice. Wspólnie, myślę tu o zawodnikach i działaczach, zrobiliśmy coś dobrego dla RKS-u. 100-lecie klubu przypada w 2021 roku. Wierzę, że do tego czasu RKS będzie co najmniej w III lidze.

Możemy tak gadać o piłce bez końca, ale w końcu rozmawiamy, ponieważ napisał pan książkę z Romanem Kostrzewskim. Rozumiem, że jest pan muzycznym wariatem?
 
Muzyka stała się nieodłącznym elementem mojego życia od początku gimnazjum. Wtedy na poważnie wszedłem w to wszystko. Historia, twórczość, teksty utworów zespołu Dżem znacząco wpłynęły na mój światopogląd. Dlatego zawsze mówię, że Dżem to filozofia, a nie tylko jakiś sobie zespolik. Z biegiem lat poszerzyłem swoją wiedzę muzyczną, która cały czas ewoluuje. W domu posiadam ponad tysiąc płyt. Do Niedźwieckiego i Kaczkowskiego (Marek Niedźwiedzki i Piotr Kaczkowski to kultowi prezenterzy radiowej Trójki – red.) jeszcze trochę brakuje, ale gonię ich (śmiech). Nie zamykam się w jednym gatunku muzycznym. W ostatnich latach siedzę głównie w metalu, chociaż lubię w międzyczasie posłuchać muzyki klasycznej, poezji śpiewanej, bluesa. Mogę powiedzieć, że to miłość do muzyki określiła moje wybory życiowe. Ona skierowała mnie w stronę literatury, później studiów, w końcu pracy nauczyciela języka polskiego w Szkole Mistrzostwa Sportowego „Rekord” w Bielsku-Białej, która to praca sprawiła mi nieprawdopodobnie dużo satysfakcji.

Chyba jest pan czy właściwie był pan jednym z nielicznych wyjątków, bo środowisko piłkarskie to raczej disco polo. Przynajmniej taki jest obraz.

Nie zgodzę się, że środowisko piłkarskie to jakiś ciemnogród słuchający wyłącznie disco polo. To krzywdząca, stereotypowa opinia. Wierzę i wiem, że istnieją zawodnicy, którzy odbierają swoje istnienie głębiej niż zwisająca torebeczka, drogie BMW, najbliższa galeria handlowa i dyskoteka. Co nie znaczy, że „toast za heavy metal” jest dla nich przyswajalny. Raczej preferują szampany w Zakopanem. Niektórych nauczyłem odpowiedniego odbioru sztuki muzycznej. Mówię Maćkowi Sadlokowi, z którym niegdyś grałem w Pasjonacie Dankowice: „Wsłuchaj się w teksty, przeanalizuj je”. Później dostaję od niego wiadomość, że przebojem na obozie Wisły Kraków jest „Do kołyski” Dżemu. Super! Edukowałem też kumpli z Młodej Ekstraklasy Groclinu, namawiałem na koncerty w Poznaniu: Kult, TSA, T. Love. Taki Michał Ciarkowski. Na pierwszy rzut oka typowy piłkarzyk: ciuszki, fryzurka, buciki… A na koncercie Dżemu szalał jak hipis! Później przychodził do mnie i prosił, żebym puszczał Dżem, Perfect itd. Oczywiście kontrkultura rockowa nie jest czymś normalnym w świecie piłki. Szkoda. W konsekwencji życie ligi polskiej jest nudne, przewidywalne. Czy nie byłoby ciekawiej, gdyby w Legii lub Jagiellonii grał jakiś prawdziwy panczur z zielonym irokezem, który w pomeczowym wywiadzie cytuje tekst Siekiery?

No byłoby, zdecydowanie.

Nigdy nie zapomnę reakcji moich kolegów z reprezentacji Polski U-16, kiedy pierwszy raz zobaczyli mnie na zgrupowaniu w Gdańsku. Przyszedłem na zbiórkę w długich piórach, koszulce Acid Drinkers, czarnych bojówkach. Do tego koraliki na rękach, pierścionek z pacyfkami. To był dla nich szok. Nazwali mnie „Szamanem”. Chyba Krychowiak wymyślił to przezwisko, już nie pamiętam… Trenerem kadry był Dariusz Dziekanowski. Obawiałem się na początku, że taki rockandrollowy wizerunek może mu przeszkadzać, ale nie. Nigdy tego nie skomentował, oceniał mnie wyłącznie przez pryzmat gry. Zresztą uważam, że Dziekanowski powinien dalej pracować z młodzieżą, bo posiada duże zdolności pedagogiczne, a nie wszyscy trenerzy mają coś takiego. Każdy wychowawca, opiekun sportowców powinien przeczytać ostatni fragment autobiografii Dziekana. Esencja. Często wykorzystywałem jego myśl podczas pracy z moimi uczniami.

Co do samego Kata, skąd w ogóle pomysł na wspólną książkę?

To pokłosie moich zainteresowań, które zawarłem w pracach dyplomowych, gdzie ujawniałem koneksje między twórczością zapomnianego pisarza Młodej Polski – Tadeusza Micińskiego a utworami zespołu Kat. Zresztą doktorat piszę na podobny temat, ale do Micińskiego dołączam Przybyszewskiego, a do Kata inne, ważne zespoły heavymetalowe śpiewające w polskim języku. Po wydaniu książki „Głos z ciemności” poczułem spełnienie ważnego marzenia. W końcu napisałem książkę z jedną z najważniejszych postaci polskiej muzyki metalowej! Ostatnio brytyjski magazyn „Metal Hammer” zestawił 40. najważniejszych płyt blackmetalowych na świecie. Wśród nich „Metal And Hell” Kata. Praca nad książką przyniosła niesamowicie dużo przygód, satysfakcji. Mam nadzieję, że pokazuje ona szerszy obraz Kostrzewskiego, tak często przecież zawężany do błędnie interpretowanego satanizmu, którego namiastkę można było zobaczyć u Kuby Wojewódzkiego. Romek świadomie poddał się konwencji programu. W trakcie transmisji przypomniał mi się znakomity fragment „Idioty” Fiodora Dostojewskiego: „Przypominam, że w kajucie rozbitego okrętu czytałem powieść o księciu, zwanym Idiotą, wprawdzie to był wcale nie najgłupszy z ludzi”. Kat, twórczość i teksty Romana Kostrzewskiego to bardzo ważna część mojego życia. Po odzewie na „Głos z ciemności” widzę, że nie tylko mojego. Czy środowisko piłkarskie zareagowało na książkę? Po części. Żałuję jedynie, że tematu nie podchwycili dziennikarze Canalu+, choćby Marcin Rosłoń, którego „Słownik Piłkarskiej Polszczyzny” omawiałem z uczniami czwartej klasy w sportowej podstawówce. Widocznie Bytom i Czechowice-Dziedzice są zbyt daleko od Warszawy.

Pomieszanie muzyki z piłką to nie jest łatwa sprawa. A może jest jakiś piłkarz, z którym chciałby pan zrobić wywiad-rzekę?

Myślę, że historia Piotra Rockiego mogłaby być ciekawa i pomocna dla wielu młodych ludzi. Zresztą kiedyś uderzę do Rocky’ego z tym pomysłem.

Dlaczego akurat on?

Piotrek Rocki i Piotrek Świerczewski. To przykład charyzmatycznych postaci, których teraz tak brakuje. Przy anegdotach Rocky’ego niejednokrotnie płakałem ze śmiechu. Jak kogoś wziął w obroty, nie miał litości. Z kolei ze „Świrem” uwielbiałem trenować w parze, ponieważ wtedy maksymalnie angażowałem się w każde ćwiczenie. Bodajże dwa lata temu spotkaliśmy się przypadkowo w Mikołajkach, gdzie przebywałem na obozie z RKS-em. Wyruszyliśmy z kolegami wieczorem w teren, stoję przy barku i niespodziewanie zauważam Piotrka. Pogawędziliśmy trochę, nawet namawiałem go, żeby z nami zagrał sparing. Niestety nazajutrz wyruszał gdzieś dalej.

A teraz nad czym pan pracuje?

Na ten moment zbieram materiały i piszę dwie książki o tematyce muzycznej. Nie chcę zdradzać szczegółów. Moim marzeniem pozostaje wywiad-rzeka z Andrzejem Sikorowskim i Maciejem Balcarem. Cenię tych artystów. Planuję również napisać książkę przygodową o szkole. W międzyczasie publikuję teksty na swoim blogu. Tematyka rozmaita.

Sportowe Fakty, wrzesień 2018