Na progu współczesności i XVIII-wiecznej Szkocji

Ubiegłoroczną wycieczkę do Edynburga potraktowałem bezdusznie. Narzekałem na deszcz, chłód, przemoczone buty. Miałem pretensje do kapryśnej natury, która urządziła mi „znakomity” początek wakacji. Jasne, fajne momenty zostały gdzieś tam w pamięci. Architektura miasta, szkockie góry, połacie intensywnej zieleni. Można jednak to zamknąć w schemacie: zobaczyłem – spodobało się – wyjechałem. Tyle. Dopiero teraz czuję, jak ten krótki pobyt powraca z podwójną intensywnością, a uśpione dotąd obrazy nabierają nowych kształtów. Właściwie to od pewnego czasu żyję na progu współczesności i XVIII-wiecznej Szkocji.

—————————————————-

Wioska. Rozgniewany, zacietrzewiony tłum szarpie dwie kobiety w stronę kościoła. Gwar, okrzyki, wyzwiska. Biją dzwony. Wchodzimy do katedry. Związane niewiasty zajmują ławkę po prawej stronie od wejścia. Motłoch wiruje. Atmosfera zastyga, gdy na wysokości kościelnego chóru zasiada dwóch mężczyzn w długich szatach. Oni tu kierują czasem, ciszą, zgromadzeniem. Wybrani z ludu ciskają gromy na oskarżone. W pewnym momencie uwaga wszystkich skierowana jest na bladą kobietę:

„Okazało się, że urodziła dziecko, z początku zdrowe, lecz z czasem coraz słabsze. Wreszcie zdecydowała wraz z mężem, że jest to odmieniec. Zanieśli niemowlę nad Siedlisko Duszków na Croich Gorm i czekali w pobliżu, aż Mały Ludek zwróci im prawdziwe dziecko. Wtedy właśnie ujrzeli dwie kobiety, które wzięły maleństwo i wymówiły nad nim dziwne zaklęcia. Kobieta wykręcała chude ręce pod fartuchem. – Pilnowaliśmy przez całą noc, dostojni panowie. A kiedy zaczęło się zmierzchać, nadciągnął wielki demon. Ogromny czarny cień zjawił się bez jednego szelestu i pochylił nad miejscem, gdzie zostawiliśmy odmieńca (…) A kiedy słońce wzeszło, poszliśmy do dziecka. Lecz znaleźliśmy tylko odmieńca, całkiem już martwego”.

Oskarżone próbują wyjaśniać, ale w gruncie rzeczy są bezbronne w zderzeniu z zabobonem i trybunałem. Właściwie drewno już było zapalone przed ceremonią. Motłoch zaczyna napierać na związane niewiasty, wyciąga swoje brudne łapy. Śmierć czarownicy! Wokół robi się ciasno, duszę się.

—————————————————-

Na pamiątkę tego wydarzenia zapuściłem brodę, co dziwne – okazała się ona ruda. Czy stało się tak z sympatii do gościa, który uratował wtedy jedną z tych „czarownic”? Nie mam pojęcia. Tak jak nie mam pojęcia, dlaczego nagle powstanie jakobitów i pogrom Szkotów pod Culloden w 1746 r. okazały się tak przejmująco bliskie.

Ktoś może nazywać to sobie romansidłem, fantastycznym wzdychadłem. Kogoś może nużyć proces fabularny: dramatyczne rozstania – heroiczne powroty. Trudno. Ja przyjąłem zaproszenie Diany Gabaldon i na ten moment prawie każdy wieczór spędzam w towarzystwie prefeministki Claire i upartego Szkota – niejakiego Jamesa Frasera.

Mój kolega, Bartłomiej Gajda, reprezentuje na dzień dzisiejszy barwy Heart of Midlothian. Do niego więc kilka słów na koniec… Poszukaj kolego kamiennego kręgu. Być może dołączysz do bohaterów Outlander. Nie obiecuję, że wrócisz na najbliższy mecz, ale jestem przekonany – nie pożałujesz. Odkryjesz dla siebie inną Szkocję i z pewnością bardziej ją zrozumiesz.

* Cytat z książki pt. Obca Diany Gabaldon (przeł. Maciejka Mazan)