Wywiad ze Zbigniewem Kraszewskim

Złote płyty za Modlishkę, Pieprz, Mrok, platynowa płyta za T.R.I.P. i podwójna platyna za album Bzzzzz. To wszystko w barwach zespołu O.N.A. Ludzie słyszą w radiu piosenkę rozpoczynającą się od słów: „Kiedy powiem sobie dość…” i natychmiast myślą o Agnieszce Chylińskiej. Warto czasem spojrzeć na tylną część sceny, ponieważ to za perkusją często coś nabiera odpowiedniego brzmienia, kształtu. Tak jak w Jesus Christ Superstar wystawianego w drugiej połowie lat 80. przez Teatr Muzyczny w Gdyni. Burzliwe próby do musicalu wspomina odtwórca głównej roli, Marek Piekarczyk: „Dyrygent zaczął nabijać, a Zbyszek Kraszewski woła do niego: „Przepraszam pana, ale to nie jest dobre tempo”. Kraszewski nabił tempo i nagle wszystko pięknie zabrzmiało. Siedziałem w kąciku i miałem łzy w oczach. Popłakałem się ze wzruszenia”. W 1986 roku dwóch wielkich fanów TSA wyruszyło pociągiem z Czechowic-Dziedzic na koncert „Rock bez maku” w gdańskiej Olivii. Rankiem pod halę nadjechał Orbis, z którego wysiedli idole. Dwóch młodzieńców z Czechowic zaczęło pomagać Zbigniewowi Kraszewskiemu przy wnoszeniu „garów” na estradę. Tymi młodzieńcami byli Piotr Bodzek i… mój tata. Po trzydziestu dwóch latach od tego wydarzenia zapukałem do pewnego pensjonatu w Gdańsku, by porozmawiać z tym samym Kraszewskim. Nie tylko o TSA i nie tylko o Chylińskiej.

Cześć, Zbyszku. Na początek dzięki, że zgodziłeś się na spotkanie i rozmowę. Działajmy więc… Co sądzisz o metodach nauczania gry na perkusji przedstawionych w filmie Whiplash? Ostatnia scena nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi.

20181217_183459Film jest mi bliski z tego względu, że też chodziłem do szkoły muzycznej. Wszystko było fajnie, dostawałem „czwórki”, „piątki”. Tylko z jednym przedmiotem miałem problem. Zgadnij z jakim?

Pewnie coś związanego z perkusją.

Tak. Facet, który mnie nauczał, uparł się, że mamy trzymać pałki jak dobosz, co mi absolutnie nie pasowało. Na tym tle mieliśmy kilka spięć. Nie rzucał we mnie krzesłami (może bym odrzucił?), nie rozpieprzał bębnów jak filmie, ale i tak szło na ostro. Z egzaminu końcowego otrzymałem +2, czyli w tamtych czasach „oblałem”. Nie przygotowałem się zresztą do tego wszystkiego, bo w okresie przedegzaminowym grałem w Jarocinie z Mietek Blues Band. Planowałem po koncertach uczyć się, wziąłem nawet ze sobą podręcznik Stojki Szkoła na instrumenty perkusyjne, ale warunków do nauki absolutnie nie miałem. Wiesz, pokoje pełne ludzi, ujarane towarzystwo. Przyjechałem więc na egzamin totalnie spięty, nieprzygotowany. Nie zdałem. W konsekwencji zaproponowano mi grę na… waltorni.

Szykowano Cię do Armii! 

Ku…a, waltornia??? Byłem zniechęcony i dlatego zakończyłem swoją edukację muzyczną. Trafiłem na upartego debila, klezmera, który nie potrafił do mnie dotrzeć. A miałem ambicje uczenia się nut… Nie udało się. Sam później doskonaliłem grę na perkusji.

W którym momencie swojej kariery najciężej pracowałeś nad swoimi umiejętnościami? Tak, że krew tryskała z palców, a w pobliskiej aptece zaczęło brakować plastrów…

Na początku przygody z TSA. Codziennie rano kupowałem litr mleka, dwie bułki i jechałem kilka przystanków do dzielnicy Gdańsk-Wrzeszcz, gdzie mieszkał Antoni Degutis (były gitarzysta TSA – przyp. MŻ). Tosiek zazwyczaj jeszcze spał. Zawsze śmiałem się z jego nocnika…

Nocnika?

Tak! Facetowi nie chciało się chodzić do łazienki, więc trzymał nocnik pod łóżkiem. Brałem klucze do jego piwnicy, gdzie trzymałem bębny i zaczynałem granie. Dzień w dzień po kilkanaście godzin. Z kolei wieczorami namiętnie słuchaliśmy muzyki, głównie SBB. Moim idolem był wówczas niesamowity Jerzy KETA Piotrowski.

Widziałem Piotrowskiego kilka lat temu na koncercie z SBB w Czechowicach-Dziedzicach. Kopara opadła…

Wyobrażasz sobie, że jako gówniarz miałem go zastąpić? To był chyba początek lat osiemdziesiątych. Piotrowski załapał jakiś kontrakt za dwa tysiące dolarów na statku, a Kombi, w którym wtedy wymiatał, potrzebowało perkusisty na trzymiesięczną trasę po Związku Radzieckim. Przyjechał Łosowski (Sławomir Łosowski – lider, kompozytor i założyciel Kombi – przyp. MŻ), przedstawił sprawę, pomyślałem sobie: „O kurde, grać po Piotrowskim? Wchodzę w to!”. Chcieli mnie jeszcze sprawdzić, dlatego bez żadnej wspólnej próby zagraliśmy koncert w klubie Park w Warszawie, a później w Domu Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Spodobałem się, więc wsiadłem do samolotu i polecieliśmy do Moskwy. Mój pierwszy lot samolotem. Z tych wszystkich stresów zaczęły się problemy… W Moskwie nie schodziłem z kibla, a tu trzeba było grać, a nie srać (śmiech). Później jakoś dałem radę. I powiem Ci, że to był jedyny zespół w moim życiu, który podziękował mi po trasie. Zresztą po latach Skawiński chciał ze mną grać ponownie.

Do muzy wrócimy, natomiast teraz chciałbym spytać, czy jesteś dumny z ostatnich wyników Lechii Gdańsk?

Nie śledzę, chociaż słyszałem, że nieźle teraz grają. Kiedyś interesowałem się piłką, grałem w juniorach „Stoczniowca” Gdańsk na pomocy lub w ataku. Lubiłem sport.

Pamiętasz ten mecz z ekipą Iron Maiden? 1986 rok, boisko Ogniwa Sopot, hattrick Steve’a Harrisa…

Ironi przyjechali wtedy na koncert do Olivii. Ktoś zorganizował ten mecz, cieszył się on zresztą dużym zainteresowaniem. Przyszło ponad 4000 ludzi! Nieskromnie powiem, że błysnąłem formą. Byłem przygotowany do wysiłku. Nie piłem, nie paliłem, trenowałem w klubie MRKS Gdańsk. Szalałem więc po boisku, dryblowałem, strzeliłem nawet bramkę. Ostatecznie przegraliśmy z Angolami, ale po zaciętej walce.

W którym momencie postanowiłeś, że to muzyka będzie twoim głównym zajęciem życiowym? Towarzyszyła temu jakaś nutka niepewności?

Nigdy się na tym nie zastanawiałem. Słowo Ci daję… Nigdy nawet nie pomyślałem, ile z tego będę miał pieniędzy. To mi się po prostu podobało i chciałem to robić! Dlatego ręce mi opadały, kiedy szukaliśmy jakiegoś wokalisty po odejściu Chylińskiej i zapraszaliśmy gości na przesłuchania. Pierwszym pytaniem niektórych kandydatów było to o zwrot kosztów przyjazdu.

Zagrałeś w wielu polskich zespołach, z których najbardziej znane to TSA i O.N.A. Teraz jednak zapytam o te mniej popularne: Cytrus i Mietek Blues Band. Jakie najcenniejsze doświadczenia zebrałeś z początkowego okresu  kariery?

Od czego zaczęło się wszystko w rocku?

Od bluesa.

Więc masz już odpowiedź na pytanie dotyczące Mietek Blues Band. Solidna szkoła bluesa, którą słychać później w TSA czy chociażby w utworze Znalazłam O.N.A. Cytrus to inna bajka, nie do końca czułem się dobrze w tej muzyce. Podziały nieparzyste, na pięć, na siedem – skomplikowane sprawy. Ale też mi się przydały! Szczególnie podczas pracy z TSA nad musicalem Jesus Christ Superstar.

Podobno nie mieliście wtedy łatwo podczas prób. Niektórzy „profesjonaliści” z teatru nie do końca was zaakceptowali.

20181214_100936No tak… Patrzyli na nas jak na obszczymurków, heavymetalowców. Specjalnie mówili jakimiś dziwnymi słowami, których nie rozumieliśmy. Mieliśmy ich w dupie, robiliśmy swoje. Przygotowałem własną partyturę. Pokażę Ci, bo trzymam ją do dziś w kanciapie. Żadnych nut, tylko rysunki i hasła typu: „4/4 apostołowie 2 obroty zwolnienie”. No i daliśmy radę. Zjechaliśmy z tym musicalem kawał świata, w tym Broadway.

Szkoda, że nie ma teraz z tego żadnego, pełnego materiału. Zapłaciłbym każdą kasę, kocham tę rock-operę. Wracając do Cytrusa… Często graliście na Śląsku, gdzie tworzyła solidna ekipa muzyków: Leszek Winder, Józef i Jan Skrzek, Andrzej Ryszka, Dżem. Przyjaźnie patrzyli na przybyszów z Pomorza?

Pewnie. Tam to się piło (śmiech). Andrzej Ryszka – zajebisty bębniarz!!! Swoimi ruchami podczas gry tworzył teatr. Grał niezwykle widowiskowo i mocno. Fajnie wspominam też Michała „Giera” Giercuszkiewicza. Jako zapalony, nieznany nikomu młodzieniec poszedłem kiedyś na koncert zespołu Kwadrat w Sopocie. Po występie zagadałem „Giera” o pewne rozwiązania perkusyjne, które wykorzystywał Piotrowski w SBB. Strasznie chciałem się tego nauczyć, a nie dawałem rady. Wyobraź sobie, że Giercuszkiewicz na drugi dzień przyszedł do naszej piwnicy, by wszystko mi pokazać! Szacun dla Giera.

A dla TSA masz szacun?

Tam są wszyscy nadwrażliwi, ale to był świetny zespół. Kiedy odszedł Marek Kapłon i Andrzej Nowak, Tosiek Degutis namówił mnie, żebyśmy podjęli temat. Tak zrobiliśmy. Najpierw telefon do Jacka Rzehaka (menadżera i autora wielu tekstów TSA – przyp. MŻ). Ten nas zbył. Próbowaliśmy dalej, w końcu zadzwoniliśmy z budki telefonicznej do Stefana Machela. Rzeczywiście szukali perkusisty, więc przyjechali później do Gdańska na pierwsze próby.

W wywiadach, szczególnie Piekarczyk, bardzo Cię chwalił. Wprowadziłeś moc do zespołu. Nagrałeś z TSA dwie płyty: angielską Heavy Metal World oraz Rock and Roll i zagrałeś kilka bardzo ważnych koncertów, m.in. Jarociny, wspólna trasa z Nazareth, Metalmania w 1987 roku. Pamiętasz coś szczególnego?

Mam dziurę w głowie, ale kilka rzeczy pamiętam doskonale, np. trasę z Nazareth. Byłem strasznie podekscytowany! Kiedy w katowickim Spodku zagraliśmy Trzy zapałki i cała hala wyjęła zapalniczki, to muzycy z Nazareth nie mogli się nadziwić, że support ma takie przyjęcie publiczności. Finał trasy odbył się chyba na Torwarze w Warszawie. W Nazareth na bębnach grał wtedy ś.p. Darrell Antony Sweet…

Szkocja!

Dokładnie. W Warszawie podchodzi do mnie Roman Rogowiecki i mówi, że Darrel woła mnie do garderoby Nazareth. Trochę się stremowałem, bo nie umiałem angielskiego, ale poszedłem. Rogowiecki tłumaczył. Sweet zaczął coś wspominać o czasach, kiedy supportowali Deep Purple. Perkusista Purpli, Ian Paice, namawiał wówczas Darrella, by nagradzał wyróżniających się perkusistów, których być może spotka na trasach. Gość nagle zaczął grzebać w kufrach, po czym sprezentował mi dwie stopy, naciągi, blachy.

Pomyśleć, że Szkotów kojarzą ze skąpstwem.

Stary, wiesz ile kosztowały blachy? Byłem w szoku. Darrell powiedział mi na koniec: „Słuchaj, jak Tobie ktoś się kiedyś spodoba, też mu coś daj”.

No i dałeś?

Nie (śmiech).

Od początku lat 90. związałeś się z muzykami Kombi: Waldemarem Tkaczykiem i Grzegorzem Skawińskim. W Skawalker, później już w O.N.A. Wielu słuchaczy podejrzliwie spoglądało na przemianę słodkich popowców w skórzanych rockersów. Teraz zresztą widać, że te podejrzenia nie były bezpodstawne. Czy według Ciebie artysta wiarygodny musi być wierny jednej stylistyce, jednemu nurtowi?

Absolutnie. Nie można pierdzieć całe życie w te same gacie. W każdym artyście powinna istnieć potrzeba zmian, ewolucji.

No tak, ale zgodnie z twoją myślą nie wracaliby w barwach Kombi (właściwie Kombii) z piosnkami głoszącymi, że „każde pokolenie chce zmieniać świat”.

Wiesz, jeśli się dupa pali, to można się pogubić. Nie uważam jednak, że Skawiński i Tkaczyk w czasach O.N.A. byli przebierańcami. Absolutnie. Odczuwali potrzebę ciężkiego grania i ją zrealizowali. Artysta to przecież wolny zawód. Więc co to byłaby za wolność, gdybyś był przywiązany na smyczy do jednego stylu, jednego wizerunku. Ja nie chciałem być przywiązany, moi koledzy pewnie też.

Dziś już wiele osób o tym nie wie, ale to Ty wyhaczyłeś Agnieszkę Chylińską. Czy pierwsza próba w gdańskim klubie Żak w 1994 roku potwierdziła słuszność wyboru?

Nikt tego jeszcze nie wiedział. Co ciekawe, zacząłem podchody do Agnieszki w czasach, kiedy szukałem kogoś na wokal do TSA Evolution, bo Johnny Pyzowski był typem podejrzanym.”TSA Evolution? Co to kurwa jest?” – zbyła mnie dziewczyna w okrutny sposób (śmiech). Nie popuściłem jednak i zadzwoniłem do niej ponownie już w czasach Skawalker. Chcieliśmy, żeby Skawiński ustąpił miejsca na wokalu, bo publiczność ciągle domagała się Słodkiego, miłego życia. Drugiej propozycji Agnieszka już nie odrzuciła. Od tego momentu historia przyśpieszyła. To był właściwie początek O.N.A.

Kiedy Chylińska w Sali Kongresowej w 1996 roku wypowiedziała sławne już słowa: „Nauczyciele! Fuck Off, nienawidzę Was!” – który z belfrów pojawił się w twoich myślach?

Z Kraszewskim - Gdańsk grudzień 2018Żaden. Byłem tak skoncentrowany na koncercie, że nie analizowałem wypowiedzi Agnieszki, która – jak widać choćby na przykładzie tej sytuacji – już wtedy miała skłonności celebryckie. Wykorzystała swoją traumę i rozcięła wrzód przed kamerami. Nie zawsze pochwalałem jej zachowania. Graliśmy kiedyś koncert promujący ”Winną” w klubie Parlament w Gdańsku. Agnieszka zawsze przeklinała…

Pamiętam nawet jej koncertowe zdjęcie w koszulce z napisem: „pizda”.

Tak, ale wtedy w Gdańsku po prostu tak klęła między każdym numerem, że miałem ochotę zejść ze sceny. Bardzo dziwne i niesmaczne to było nawet dla mnie.

Jak myślisz… Czy udział Chylińskiej w programach telewizyjnych, udzielanie się w świecie celebrytów, taneczny album Modern Rocking, pozwalają nadal obrazować ją jako artystkę zbuntowaną?

Trudne pytanie, chyba nie jestem w stanie na nie konkretnie odpowiedzieć. Bez dwóch zdań Agnieszka potrafi działać, walczyć. Po rozpadzie O.N.A. i niepowodzeniu projektu „Chylińska” znakomicie dała sobie radę, odniosła kolejne sukcesy. Nie znamy ceny, jaką musiała za to zapłacić… Śmiem twierdzić, że Agnieszka jest pogubiona twórczo. Ostatnie jej działania to jakby chęć powrotu do mocniejszego uderzenia, ale Aga zdaje sobie sprawę z ryzyka i nie myślę, że znów rozpocznie „krzyczeć”. Jednak kibicuję jej, bo posiada charakterystyczny, bardzo ciekawy głos.

W wakacyjny wydaniu magazynu Perkusista opublikowano listę stu polskich płyt najważniejszych dla perkusistów. Na 14. miejscu ulokowano album „Bzzzzz” O.N.A. W wyjaśnieniu czytamy: „Pojawiały się kiedyś głosy, że Zbigniew Kraszewski gra kanciasto… Zatem, jeżeli to ma być kanciasta gra, to życzymy każdemu takiej kwadratury. Dwie pierwsze płyty zespołu to materiał poglądowy dla każdego bębniarza”. Zajmują cię w ogóle opinie dziennikarskie, recenzje?

Ale fajny cytat. Musisz mi go podesłać, będę się chwalił. Co ty! To dla mnie obcy świat. Nigdy nie przepadałem za wywiadami. Skawiński, Piekarczyk czy Chylińska potrafią gadać tak, że jeszcze przy tym domek postawią (śmiech). Ja tego nie mam. Ostatnio przyznałem kumplowi, że przez trzydzieści lat nie powiedziałem w telewizji czy w gazecie nic mądrego. Nie potrafię na poczekaniu zebrać myśli.

W tej rozmowie pojawiła się niejedna. Dzięki raz jeszcze!

Dzięki. Już 2:30? Szybko zleciało. Do zobaczenia.

14 XII 2018, Gdańsk