Why not Spotify?

Nauczyciel języka polskiego daje tytuł po angielsku? No tak, ostatnio troszkę więcej pracuję nad tą moją angielszczyzną, więc postanowiłem trochę pokozaczyć i podzielić się klimatem. Także szwedzkim… Za oknem śnieg sypie w najlepsze, zimowy pejzaż Sztokholmu wreszcie przypomina tę Skandynawię, którą znam z baśniowych historii o św. Mikołaju i jego reniferach. Bynajmniej nie o prognozach, atmosferach, temperaturach zamierzam pisać. Po prostu ten cały „Spotifaj” ponoć narodził się w Sverige. Na muzykę mówię życie, mam już odpowiedni telefon, a mimo wszystko wzbraniam się przed zielonym kółeczkiem. Ktoś powie: „Bez jaj”…  Why not Spotify?

IMG-20171228-WA0013Czytam prasę muzyczną, zapisuję w notatniku wykonawców i nazwy ich płyt. Później kajet ląduje w torbie, a ja przez kilka dni chodzę z tymi tytułami w głowie. Żongluję pozycjami. Tę trzeba kupić priorytetowo, na tamtą starczy jeszcze monet, ale już z tą mogą być problemy. Musi poczekać do następnej wypłaty. W końcu nadchodzi TEN moment, kiedy rozkosz spaceru miesza się z ekstazą wzrastającą w obliczu pojawiającego się na horyzoncie sklepu. O, przepraszam… Krainy muzycznej, tej dźwiękowej Narnii, za której drzwiami dzieją się rzeczy niepowtarzalne. Biała Czarownica wachluje różdżką w celu doszczętnego opróżnienia portfela, zdrowego rozsądku pilnują z kolei fauny. Najbardziej ekscytująca jest niewiedza, bowiem za każdym razem wygrywa ktoś inny.

W przybliżeniu 200 milionów osób korzysta ze Spotify. Około 45 % z nich płaci abonament. Kliknięcie piosenki muska delikatnie kieszeń artystów, co jest i tak czymś pozytywnym w porównaniu z procederem targowiskowych piratów (nie tych z Karaibów, lecz z Wolnej Amerykanki). Serwis obejmuje ponad 40 000 000 utworów. Skoro do obejrzenia wszystkich materiałów na YouTube jeden człowiek potrzebuje 1700 lat, to ile musielibyśmy żyć, by posłuchać wszystkich kompozycji umieszczonych na Spotify? Na samą myśl się duszę, tonę – jak pisał Milan Kundera – w szaleństwie ilości. Dodatkowo ktoś nieznany, zwany Panem Algorytmem, odkrywa za mnie nowe lądy i podsuwa do strawienia tzw. „daily mix”. Ciekawie na ten temat wypowiedział się grudniowym wydaniu brytyjskiego Metal Hammera Robert Westerholt z zespołu Within Temptation: „You get the feeling that you’re being boxed in. Like with music. On Spotify, if you listen Within Temptation, you always then get suggested Nightwish and Evanescence. I mean, I want to discover other bands, but you always get the obvious choices. It’s like someone is determining everything we listen to. Your own freedom of choice is there, but without you realising, they’re really directing you”.  Otóż to!

Tym razem wygrała Biała Czarownica. Wychodzę z muzycznej Narnii z pustymi kiesami i ciężką torbą pełną niezapisanych wcześniej w kajecie płyt. Znów w impulsie chwili wybrałem coś innego niż pierwotnie planowałem. Po powrocie do pokoju czeka mnie natychmiastowe zerwanie folii z ceną, otworzenie pudełka, ulokowanie kompaktu w loży… w łożu… Upps… W wieży. Potem już tylko „play” i oddanie się opowieści zamkniętej w dźwiękach, tudzież wymalowanej na obrazach ukrytych na, w i pod okładką.

Można docierać do muzyki na różne sposoby. To istota wyboru. Niemniej bezwzględnie zgadzam się z tezą Simona Reynoldsa zawartą w książce Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością:

„Początkowo muzyka była uprzedmiotowiona, utożsamiana z rzeczą (płytą winylową, taśmą analogową), którą się kupowało, przechowywało, miało w opiece. Potem została „upłynniona”, przemieniona w strumień danych, które można było swobodnie przenosić i kopiować z urządzenia na urządzenie. Muzyka zaklęta w pliki mp3 stała się zdewaluowaną walutą w dwojakim sensie: zrobiło się jej za dużo (…), a także jęła krążyć między ludźmi na podobieństwo rzeki czy strugi. Wskutek tego muzyka jęła przypominać medium domowe (jak woda czy prąd elektryczny), przestając być doznaniem artystycznym, któremu człowiek poddawał się ze świadomością, że jest ograniczone w czasie”.

Niech więc ludzie słuchają sobie piosenek ze Spotify, niech więc są nieograniczeni w czasie, ale moim zdaniem absolutnie nie ma w tym AURY, dzięki której obcowanie ze sztuką wynosi duszę człowieka ponad namacalną rzeczywistość i zarazem chroni go przed więzieniem powyrywanych z kontekstu plików.

  [fotografia: Claudia-Yasmin H.]