Czesław Miłosz – „Abecadło Miłosza”

W majową, szarą i deszczową niedzielę postanowiłem na chwilę wyrwać się z epoki Młodej Polski. Tym samym wybrałem się na bardzo ciekawą przejażdżkę intelektualną wraz z naszym Noblistą – Czesławem Miłoszem. Litwa, Stany Zjednoczone, Francja… Ponad 260-stronicowa podróż z Abecadłem Miłosza zrelaksowała mnie, odświeżyła umysł, a nawet w kilku momentach rozbawiła.

Zgodnie z tytułem książki, czytelnik płynie alfabetycznym nurtem przez poszczególne hasła, czyli: postaci, miejsca, pojęcia – które okazały się z perspektywy czasu (Abecadło… ukazało się w 1997 r. dzięki Wydawnictwu Literackiemu) bliskie lub z jakichś względów dla Miłosza ważne. Z pewnością w zrozumieniu pomaga przyswajalny język. Ot, jakby autor Doliny Issy usiadł z kimś w werandzie i przy herbacie, spoglądając na pobliski las, zaczął opowiadać o barwnych fragmentach swojego życiorysu. Napisałem przy herbacie, choć nie wykluczam, że Miłosz popijałby jednak coś mocniejszego. Co prawda stwierdza, że „najgorsze w alkoholu jest to, że robi z nas błazna”, jednocześnie przyznaje: „Piłem dużo, ale starannie oddzielając czas pracy od czasu rozluźnień. Wódkę, we Francji wino, w Ameryce bourbon” („Alkohol”).

Zresztą Miłosz jest w tych alfabetycznych opowiastkach bardzo szczery i bezpośredni, zarówno wobec siebie, jak i innych. „Oberwało się” troszkę Janowi Lechoniowi („Uważałem go za człowieka głupiego i może to odgadywał (…). Nie mogę lekkomyślnie przejść obok głównej cechy Lechonia, jego zakochania w polskości. Tę czuł jak nikt, i idealizował, ale też wskutek tego był odgrodzony od świata”), jak i aparycji Marii Dąbrowskiej: „Otóż odnosiłem się do pani Marii z należnym szacunkiem, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że można na nią spojrzeć jak na kobietę. Ten trochę zezowaty karzełek, z grzywką przyciętą na pacholę, był dla mnie ostatnią istotą, do której mógłbym zwracać erotyczne zapały”. Nie sposób nie uśmiechnąć się przy literce T, a dokładniej wspomnieniu Alfreda Tarskiego o Witkacym, który na początku lat trzydziestych podczas przyjęcia w niemieckiej ambasadzie krzyknął: „Albo dam komuś w mordę, albo pójdę i zażyję kokainy”. Tarski doradził rozwiązanie drugie.

Nie brakuje tu piękna amerykańskiej natury i związanych z nią przygód. „Aosta”, „Connecticut”, „Sierraville” – o! Ileż tu przeżyłem emocji! Już w Widzeniach nad Zatoką San Francisco Miłosz rozbudził moją ciekawość (szczególnie sceną z Euclid Avenue z rozdziału „Bezkształtne i nowe”) jego przelotnymi kontaktami z hipisami. I chociaż wypowiadał się o subkulturach ambiwalentnie, a nawet krytycznie, to warto zacytować fragment z Sierraville:

„Sierraville stało się miejscem pewnej mojej i Carol przygody. Trzeba trafu, że właśnie tam nawalił nam samochód i nie bardzo wiedzieliśmy, jak z tego wybrnąć. Wtedy spotkany w sklepie, sądząc z wyglądu, niewątpliwy hippie bardzo przyjaźnie zaprosił nas do ich komuny o parę mil stamtąd – jeżeli uda się nam powoli tam dojechać mimo defektu w motorze. Oni tam auto naprawią. Znaleźliśmy się w krainie łagodności. Nikt tam nie śpieszył się, nie mówił podniesionym głosem. Mieszkali w lesie na zboczu góry, na którym biły gorące źródła ujmowane w kamienne pojemniki i wanny. Mężczyźni i dziewczyny kąpali się tym razem, doskonale goli (…). W ich obcowaniu ze sobą i odnoszeniu się do nas wyczuwało się zupełną tolerancję i rozluźnienie. Jak to u nich układało się na dalszą metę, można było tylko zgadywać, ale godne podziwu wydawało mi się małe społeczeństwo, w którym nikt, ani mężczyzna, ani kobieta, nie stara się i m p o n o w a ć, przybierając postawy i robiąc miny: doskonałe przeciwieństwo gombrowiczowskiego teatru. Auto naprawili. Nic nie chcieli wziąć za to”.

Nie tylko anegdotyczna forma rządzi w Abecadle… Miłosz nie ucieka od socjologicznych („Francja”), filozoficznych („Dostojewski”) i politycznych („Baal”) analiz, ale nawet one nie powinny przestraszyć pospolitego czytelnika. Chcemy dowiedzieć się, dlaczego poeta pisał wierszyki o maku, zielonych dolinkach i słoneczku w samym środku niemieckiej okupacji? Proszę bardzo! Wszystko wyjaśnione w „Anus mundi”.

Książka powinna spodobać się uczniom, a już na pewno może być im bardzo pomocna w zrozumieniu twórczości i postaci Czesława Miłosza, który – mimo wszystko – kojarzy się z „kanonem”, „monumentem”, „powagą”. Abecadło Miłosza, niczym u Tuwima, wprowadza trochę luzu, twórczej zabawy i w pewnym stopniu zrzuca z barków poety obciążenie posągowością. Wystarczy pojechać z Miłoszem „Automobilem”. Naprawdę warto.

6 V 2019