Hell Awaits – część II i ostatnia. Araya będzie tęsknić

Tym razem nie drżałem z zimna przed wejściem do hali, nie ścinało nóg i głowy skandynawskim, mroźnym wichrem. Nie było też wokół ratujących Wikingów… Odwrotnie. Upał, skwar, żar. Temperatura dosłownie wylewała się z gliwickich kamienic, budynków, placów. Szczególnie z nieocienionego Placu Piastów, gdzie kilka godzin przed koncertem odebrałem jednego z muzyków i pośpiesznie – zważywszy na nasze czarne odzienia i buciory – podążyliśmy do pobliskiego, podziemnego lokalu gastronomicznego, by porozmawiać o zbliżającym się wydarzeniu. „Wystąpimy z całą pirotechniką, z pełnym rozmachem” – zapewnił. W naszych torbach spoczywały winyle Slayera, płyty Behemotha i zdjęcia…

O ile Arena Gliwice robi wrażenie, o tyle zasady dotyczące wielkości torby, którą można było bezpłatnie zabrać ze sobą do hali – to jakaś kpina. Organizatorzy postawili przed wejściem ramkę ok. 10×15 cm; wszystkie bagaże ponad ten wymiar oczywiście mogły przejść, ale z dodatkową opłatą 50 zł za przechowalnię! Zakładam, że na pożegnalny koncert Slayera nie przyszli tylko ludzie z Gliwic… Przyjechały przecież metalowe zastępy z całej Polski, z których znaczna część zostawała na Śląsku na noc. Co można zmieścić w torebce 10×15? Miałem szczęście, że na koncert dojechał samochodem tata (zresztą celebrowaliśmy w ten sposób Dzień Ojca!), więc miałem gdzie rzucić swoją „taśkę”. I na tym zakończę narzekania.

Około godziny 18.30 otrzymuję wiadomość na WhatsApp od wspomnianego we wstępie muzyka. Dwie foty i krótkie: „Pasuje?” z dołączonym uśmieszkiem. W zasadzie potraktowałem to jako pytanie retoryczne. Pasuje!!! Euforia!

Dziecięce zawołania… „Elohim!”, „Adonai!”, „Jesus Christ!”. Znak, że czas się szykować. Za chwilę spadnie czarna kotara, odsłoni czterech zamaskowanych dżentelmenów, którzy z marszu zaproponują walec w postaci Wolves ov Siberia. Tak też się stało. Tornado. Kiedy kilka minut później z głośników poleciały urywane fragmenty modlitwy „Ojcze nasz…”, a Nergal wszedł na scenę z płonącą pochodnią, szepnąłem do taty: „Teraz!”. Fani Behemotha wiedzą, że ten rytuał stanowi preludium do Ora Pro Nobis Lucifer. Nieprawdopodobny kawałek. W Bartzabel (można napisać „hicie” z I Loved You At Your Darkest) Darski minął się w pierwszej fazie, zresztą odniosłem wrażenie, że nie był tego dnia w najwyższej formie wokalnej. Chociaż, kiedy niespodziewanie wyszedł na scenę podczas występu Slayera, by zaśpiewać Evil Has No Boundaries – wszystko było jak należy, świetne wykonanie! Zanim przejdę do ekipy Kinga, to zaznaczę jeszcze dwa magiczne momenty koncertu Behemoth: budującą napięcie przedmowę Nergala: „To olbrzymi przywilej być częścią tej chwili. Slayer żegna się z Polską, żegna się ze światem. Co wy na to!? Niech to będzie najgłośniejsze i najbardziej radosne epitafium dla tej żywej energii”, po czym uderzenie majestatycznym Conquer All. Kropkę nad „i” postawili utworem Chant for Eschaton. Tak właśnie się powinno kończyć koncerty metalowe – prostym, bezczelnym ciosem!

Cóż napisać o Slayerze? O tym pomniku sztuki metalowej, który w grudniu rozerwał mnie w Szwecji – nieskromnie posłużę się autocytatem – „na totalne strzępy”? Teraz wykorzystali mniej pirotechniki? W niektórych momentach bębny Paula Bostapha brzmiały dziwacznie? Że zabrakło mi Spirit In Black, At Dawn They Sleep czy Behind The Crooked Cross? Cóż to znaczy… Do końca życia pozostawię dla siebie obrazy, które niełatwo przekazać, opowiedzieć. Jak choćby trudno uchwytny moment, kiedy Araya odchyla się w tył i krzyczy: „And keep the fire growing deep inside / Hell Awaits!!!” – w tej samej chwili buchające ognie rozświetlają grymas jego twarzy. Bezcenne. Bezcenne również pozostaną słowa wokalisty, który łamaną polszczyzną rzekł na odchodne: „Będę tęsknił”. My też.

PS Dzisiaj zbudził mnie kurier. Dostarczył niewielką paczkę. Dwa zdjęcia, dwie płyty. Wypada mi tylko powiedzieć: PATRYK „SETH” SZTYBER – SZACUNEK I WIELKIE DZIĘKI!