Polska. W ognisku stref

Kilkanaście lat temu, kiedy to byłem uczniem pierwszej klasy liceum Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Bielsku-Białej i wracałem z kolegami z treningu do szkoły przy ul. Boruty-Spiechowicza, oberwałem po gębie od niewidzialnego sprawcy, któremu najprawdopodobniej nie spodobał się mój punkowy sznyt, czyli: wysokie buty; bojówki; koszulka przedstawiająca brytyjską flagę; czarno-czerwony, wełniany szal i dość pokaźny irokez. Do szpitala na szycie łuku brwiowego podwiózł mnie trener, natomiast w Czechowicach już zawiązywała się akcja odwetowa, mająca wyjaśnić to i owo, m.in. czy abym nie pojawił się w strefie wolnej od – używając nomenklatury pewnej subkultury –„brudasów”. Powrócę jeszcze do tej terminologii w zakończeniu, a tymczasem strefy…

Na drugiej stronie dzisiejszej Gazety Polskiej, niejaki Marcin Wolski podzielił się wybitną poezją opatrzoną tytułem „Strefa normalności”, której fragmenty – nie bez żenady – przytoczę: „Kocham kraj przydrożnych kapliczek / wierzb zgarbionych / dworków i krzyży (…) / Pragnę zgody, ciszy, nie zgiełku / prowokacja, plugastwo mnie boli (…) / Więc przecierpię wszystko i zmęczę każdą potwarz, każdą zaczepkę / ale widząc skradzioną tęczę / przeciw niej wywieszę nalepkę”. Nie jestem na tyle kompetentny, aby dokładnie zinterpretować ten wiersz, natomiast odnoszę wrażenie, że autor pogubił się w szastaniu oksymoronami lub nie do końca odrobił lekcje z poetyki. Nic tu bowiem się nie zgadza… Obok zgody pojawia się plugastwo, obok dworków (sarmackich?) i krzyży – nalepka. Jaka nalepka? Otóż taka sama, jaką prezentuje pani na tytułowej stronie przywołanej gazety. Głosząca strefę wolną od… Tutaj oczywiście zbliżamy się do ostatnich wydarzeń z Białegostoku.

W zasadzie nie śledzę poczynań ruchów LGBT, niektóre postawy reprezentantów tych środowisk są mi obce; z kolei wybrane działania odbieram z dystansem, jak np. sytuację z pokolorowanym portretem Matki Boskiej Częstochowskiej. Z jednej strony – jako humanista – staram się zrozumieć chęć sprowokowania za pomocą sztuki konserwatywnego społeczeństwa do dyskusji na niewygodne tematy; z drugiej – rozumiem oburzenie tych, dla których akurat ten obraz jest czymś więcej niż tylko dziełem sztuki. Natomiast po wydarzeniach białostockich zauważam coś bardzo dziwnego, choć tak naprawdę nic mnie tu nie dziwi… Brak świadomości, brak jakiejkolwiek refleksji poznawczej w obliczu propagandowych haseł, brak wiedzy i konsekwencji w prezentowaniu własnego światopoglądu w środowiskach – jak to określił Rydzyk na Jasnej Górze – „patriotycznych, narodowych”. Kilka przykładów…

Grupa karków okłada czternastolatka i dziewczynę, i to nazywa się: „honorem”. Mniemam, że rotmistrz Pilecki, którego tak chętnie prezentują na swoich koszulkach, posiadał inne wyobrażenie tego pojęcia. Kibice klubu z nazwą wyraźnie nawiązującą do epoki Jagiellonów, rozszarpują i palą tęczową flagę – rzekomo w obronie religii katolickiej. Przypominam, że nie kto inny, jak król Zygmunt August wypowiedział słynne zdanie: „Nie jestem królem sumień waszych” – odnoszące się co prawda do tolerancji religijnej, ale jednak tolerancji. Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny przywołanej już gazety, napisał: „Nie protestujemy przeciwko całej ideologii LGBT, ale przeciwko narzucaniu jej siłą, a szczególnie niszczeniu ludzi inaczej myślących”. To ja już kompletnie nie wiem, kto jest w dzisiejszej Polsce inaczej myślącym, kto jest w mniejszości… Zastanawiam się również, jaką moc mają przekonania tych ludzi, którzy widzą zagrożenie w znacznie słabszym, mniej licznym „przeciwniku”. Przecież – parafrazując słowa księdza Bonieckiego – człowiek pewny swoich wartości i wiary nie będzie wszędzie węszył prześladowań. Ale pojedźmy dalej z niekonsekwencją…

Tadeusz Wojda – metropolita białostocki, namawiał mieszkańców Podlasia do sprzeciwu „wobec deprawacji”. ARCYbiskup, jako przedstawiciel Kościoła katolickiego w Polsce, po filmie Sekielskich i wielu dotąd niewyjaśnionych sprawach w tej kwestii, powinien być co najmniej, naprawdę co najmniej wstrzemięźliwy. Sytuację pośpiesznie ratowała Konferencja Episkopatu Polski z komunikatem, że „każda forma agresji jest wbrew nauce Jezusa Chrystusa”. Natomiast nie do uratowania są redaktorzy przywoływanej gazety, którzy wpadli w pułapkę. Komiczną pułapkę. Otóż artykułowi Piotra Lisiewicza towarzyszy grafika z hasłem: „Strefa wolna od ideologii LGBT”, po czym tekst rozpoczyna się słowami: „Jan Lechoń napisał najpiękniejszy w polskiej poezji wiersz o Matce Boskiej Częstochowskiej, który powinni przeczytać ci, których kult nowoczesności z polskości wydziedziczył”. Nie powstrzymałem śmiechu. Dlaczego? Najpierw może trzy cytaty z Dzienników Lechonia:

„(…) może te kartki będą jakimś hieroglifem duszy, z którego kiedyś ktoś odczyta sekret takich typów jak ja…”; „Jestem pełen zmysłowych niepokojów i jednocześnie bardzo nie lubię teraz akurat gadania sprośności. Czyli, że jestem tym, czego tak bardzo nie znoszę – hipokrytą i świętoszkiem. Pocieszam się, że w gruncie rzeczy to bardziej skomplikowana sprawa, ale nie znajduję formuły, żeby się przed sobą obronić” (5 czerwca 1950); „Bezmierna pobłażliwość dla przywar i do płaczu rozczulenie nad zaletami, współczucie bez granic dla kłopotów „najdroższej osoby”. Byłem w niej kiedyś zakochany. Teraz ją kocham. To znaczy więcej (14 września 1950)”.

Wystarczy. „Najdroższa osoba” występuje często na kartach tych dość opasłych tomów. Jest nią Aubrey Johnson – amerykański partner polskiego poety. A więc panowie dziennikarze! Znów się pogubiłem… Lechoń z lepszego sortu LGBT? Nie! Lisiewicz wyjaśnia, że „większość osób homoseksualnych w Polsce nie ma nic wspólnego z ideologią LGBT”. Aha.

Na koniec zestawię dwa obrazy ukazujące kolosalną różnicę w mentalności społecznej. Prawie rok temu, tuż po przeprowadzce do Sztokholmu, moja dziewczyna zaproponowała, żebyśmy podjechali do centrum miasta i poobserwowali największą w Europie paradę równości. Tak też zrobiliśmy. Spoglądam teraz na fotografię, którą wykonała ubiegłego lata. Przedstawia stojące obok nas rodziny, m.in. chłopczyka w czapeczce „Sverige”; siedzi on na barkach swojego ojca i trzyma tęczową flagę. A teraz inny obraz. Z Białegostoku. Autorstwa świadka wydarzenia, pisarza Jacka Dehnela: „J., skądinąd hetero, wiózł mnie do Warszawy (…) i co jakiś czas wracał do tego, co widział w marszu, co najbardziej utkwiło mu w pamięci. Kobieta z trzy-, czteroletnim może dzieckiem, któremu układała obie maleńkie rączki w faki, mówiąc „Ucz się!”, po czym skandowała: „Wy-pier-da-lać!”. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nikt nikomu na siłę nie malował twarzy, nikt nie narzucał koszulek z tęczą, nikt nie kazał ubierać peruk. Natomiast kontrast w odbiorze porażający. Pójdzie dalej, kiedy w kraju pojawią się znaki określające „strefy wolne od…”, bądź „strefy normalności”. Jedyną odpowiedzią są po prostu nieoznakowane, mentalne „strefy wolności”, gdzie każda jednostka ma prawo do samostanowienia. Nawiązałbym jeszcze do tych „brudasów” ze wstępu… Kto tak naprawdę ma bardziej zasyfione ręce? Określani czy określający?