A w Tychach czarny kapelusz…

Wczorajsza noc była niezwykle upalna, duszna. Wczorajszej nocy zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Wierciłem się z boku na bok. Nie mogłem spać. Od kilku lat przebywam już w trochę innym świecie muzycznym i literackim, więc nie chciałem pisać tego tekstu, mimo to… Nagle spłynęły wszystkie wspomnienia. Naprawdę nagle i niespodziewanie. Także ten cytat, który ciągle uśpiony w głębi tkwi, a kiedyś był zapisany na ścianie: „30 lipca 1994 roku był niezwykle upalny, duszny, burzowy. Jakby natura rozgniewała się, że oto gaśnie jedno z niezwykłych zjawisk muzycznych”. Około godziny pierwszej w nocy wstałem, zapaliłem lampkę i puściłem – po dwóch latach przerwy – Dżem. Najpierw Zemsta nietoperzy, później Cegła, na koniec bootleg, czyli koncert akustyczny z 1993 roku w Radiu Flash z nieprawdopodobną wersją Skazanego na bluesa. Łuna oświetliła zdjęcie nad biurkiem.

Ryszard Riedel gdzieś na dworcowym peronie, w apaszce, połatanych dżinsach, marynarce i rozpuszczonych włosach, grzebie w jednej z dwóch podręcznych torb, na jednej z nich mały, pluszowy miś. Piękna, niedoceniona fotografia. Zresztą zdjęcie Ricarda towarzyszyło mi zawsze, gdziekolwiek bym nie mieszkał. Choćbym już mniej słuchał Dżemu, to wiem skąd przyszedłem. Dlatego rankiem zapakowałem do torby książkę Rysiek Riedel we wspomnieniach (biografie Skaradzińskiego o Dżemie i Riedlu były ważnymi lekturami w czasach gimnazjum) i wyruszyłem w kierunku Tychów. A ja ciągle w pociągu, i czytam…

„Mam wrażenie, że mimo wielu ludzi wokół niego, wewnątrz był bardzo samotnym człowiekiem. Samotnym i uduchowionym” ; „Chcieliśmy grać tak, jak podobni nam ludzie w Stanach. Bo my o tej Ameryce ciągle marzyliśmy. Byliśmy wielbicielami westernów. Rysiek lubił oglądać rewolwerowców w akcji, pędzące prerią konie, piękne kobiety w salonie, a później dumać nad tym wszystkim. Marzyciel…”; „Nie pamiętam już nazwy serialu, który wyjątkowo wiernie śledził, ale na trasach, kiedy była godzina jego telewizyjnej emisji, można było znaleźć Ryśka w budce stróża, gdzie grzecznie siedział i oglądał nowy odcinek. Dopiero kiedy epizod się skończył, Rysiek szedł na scenę. Bywało i tak, że my już czekaliśmy w gotowości (publiczność też), a on jeszcze był na Dzikim Zachodzie”…

To była poważna fascynacja i nauka. Właściwie fundament pod światopogląd, postawę. Nie było dnia bez przesłuchania płyt Dżemu, bez analizy tekstów. Film dokumentalny Sie macie ludzie oglądałem kilkanaście razy, zawsze z wielką emocją. Ciocia Natala malowała katanę z podobizną Ricarda i węgielkiem plakat z napisem: „Niewinni i ja”. Na osiedlu z „Romario” stałem się hipisującym Ryglem (od tyskiego pseudonimu Riedla, natomiast mój przyjaciel Paweł Łukosz – „Pudlem”, od ksywy bliskiego kumpla wokalisty) lub „Rychem” – jak to mawiał Przemek Światłowski. Na języku polskim napisałem wypracowanie na temat okładki płyty Detox, które potraktowałem niezwykle poważnie. Po latach moja polonistka, podczas przypadkowego spotkania, wyznała: „Mateusz, już wtedy wiedziałam, że zostaniesz nauczycielem”. Pierwsze koncerty, spotkania, festiwale Ku Przestrodze w Tychach. Wiele tych wydarzeń. Nie zapomnę wspólnego koncertu Cree i Dżemu w Żorach, na który wybrałem się z tatą. Po występie jakoś przedostaliśmy się za kulisy, by porozmawiać z Maćkiem Balcarem (pokazał wtedy wielki gąszcz kluczy), Benem Otrębą i… Golą Riedel – żoną Ryśka. Pamiętam tę rozmowę, szczególnie jej naszyjnik z charakterystycznym logiem Dżemu. Wtedy uświadomiłem sobie, że to nie tylko zespół, lecz życie. A teraz także to, że mężczyzna bez kobiety prawdopodobnie nie istnieje.

„To był partnerski układ, choć ona wyraźnie była stróżem rodzinnego ogniska. Świetnie zdawała sobie sprawę, że Rysiek śmieci nie wyrzuci i gwoździa nie wbije. Sama wszystko organizowała. Mam dla niej wielki szacunek. Zawsze była dobrym i ciepłym człowiekiem. Gdyby nie Gola, Rysiek rozsypałby się dziesięć lat wcześniej… Dzięki niej i rodzinie zawsze miał dokąd wrócić”; „Z Golą byli fantastyczną parą. Rysiek szczerze ją kochał, była jego największą miłością, przyjaciółką, partnerką, kochanką, matką ich dzieci. Bardzo mocna relacja. Sporo trudnych chwil razem przeszli. Wciąż mam w pamięci taki obrazek z 1980 roku, kiedy byli u mnie razem i Gola ręcznie wykonywała bilety na koncert Dżemu. Rysowała je, wypisywała. Później jechaliśmy na miejsce koncertu, ona stawała na jakiejś dróżce, którą ciągnęli ludzie, i sprzedawała je, by zarobić na zakup kilku potrzebnych rzeczy. Zupełnie nie mieli w tamtym okresie pieniędzy, ale nie pamiętam, żeby powodowało to w nich jakieś wzajemne frustracje. Gola zawsze była dla Ryśka bardzo tolerancyjna. Wspierała go w jego marzeniach i planach. Nie wiem, czy wierzyła w nie tak mocno, jak on, ale zawsze była przy nim”.

Dlatego też, przyjechawszy dziś na cmentarz w Tychach, zrozumiałem potężne znaczenie nagrobnego napisu: „Tylko ty i ja”. Dużo zniczy, zeschnięta róża. I dawny przyjaciel Ricarda schowany za ciemnymi okularami… Zapaliliśmy znicz, chwila zadumy i ruszyliśmy „Pod Jesiony”. To była niezwykła, kilkugodzinna, retrospektywna rozmowa. O heroinie, bólu, ale też wspaniałych chwilach: wspólnym słuchaniu muzyki, koncertach w Jarocinie i w Spodku. Dziękuję, Tadziu! Także za płytę z nieznanymi wersjami Ballady o dziwnym malarzu i Dnia w którym pękło niebo. Właśnie słucham i dreszcze idą.

W drodze powrotnej utwierdziłem się w pewnym przekonaniu… Gdy wydaje Ci się, że świat się obrócił i jesteś samotny w swojej walce, wtedy pomagają tacy ludzie jak Ryszard Riedel… „Dlaczego chowacie pod klosz wartości tego świata? Kiedyś znajdę i rozbiję. Wtedy rozdam tym, co nie wiedzą, jak żyć”…

PS Tak jak zaznaczyłem we wstępie, od wczoraj zaczęły się dziwne rzeczy. W podróży do Tychów nagle usłyszałem z głośników: „Zbliżamy się do stacji Kobiór”. W tym samym momencie czytam: „Któregoś dnia przyjechał z rewizytą na próbę zespołu do Kobióra. Wzbudził w miasteczku niemałą sensację”. Dodam, że książka ma prawie 500 stron.

*Cytaty pochodzą z książki pt. Rysiek Riedel we wspomnieniach autorstwa Marcina Sitki ze słowem wstępnym Sebastiana Riedla.

30 VII 2019