Steeler. W uścisku metalowych legend

Pracuję nad biografią zespołu KAT i chyba nie jest już to jakąś wielką tajemnicą. Ta książka powstanie, niemniej ukaże się ona w odpowiednim momencie – nikt ani nic nie zmusi mnie do przyspieszenia tempa kosztem jakości. Odpowiedzialność wielka, nie może być więc spętana presją wydawniczą. Cieszę się, że w ostatnim czasie poznałem kilku ludzi, którzy pragną mi pomóc w realizacji tego szalonego pomysłu. Bezinteresownie, po prostu z miłości do KATowskiej twórczości. Materiałów (i białych kruków!) napływa sporo, po ostatnim weekendzie zasób anegdot i historii barwnie się rozszerzył.

O pomyśle na trasę Legendy Metalu ze wspólnym udziałem Kata, Acid Drinkers i Vadera dowiedziałem się już w marcu. Apetyt został spotęgowany, kiedy informacje wypłynęły na powierzchnię i można było spojrzeć na pomnikowe twarze Petera Wiwczarka, Romana Kostrzewskiego i Titusa umieszczone na oficjalnych plakatach. Rozkład jazdy tego zasłużonego transportera obejmował cztery stacje: Gdańsk, Warszawa, Wrocław, Kraków. Ze względu na szkolne obowiązki musiałem odpuścić pierwsze dwie. Niejako w zastępstwie zaproponowałem uczniom temat: „Mitologia, Beksiński, Kostrzewski – korespondencja sztuk”. W kierunku Breslau jechałem już na wielkim głodzie, tym bardziej, że echa z Pomorza, a szczególnie ze stolicy donosiły, iż mieszanka tak ostrych przypraw daje znakomity efekt. Przed 16 dotarłem do A2. Na schodach do garderoby od razu zderzyłem się z generałem, czyli oczywiście Peterem z Vadera, który kilka godzin później wraz z kolegami dosłownie mnie rozstrzelał. W tym samym miejscu, schodząc na koncert gościa specjalnego – Quo Vadis, minąłem Titusa. „Powodzenia!” – rzuciłem w jego kierunku, a ten odparł w luzacko-dżentelmeńskim stylu: „Mówi się: pozrywania strun”. A te miały prawo się rwać, bo tak naprawdę nikt tu nie brał jeńców.

Quo Vadis świetnie zabrzmiał w krótkim, acz konkretnym secie. Zwróciły uwagę podniosłe Wino i sól oraz Quo Vadis z najnowszej płyty Born to Die. Jedyny kawałek, którego zabrakło, to… Motorhead! Pod wrocławskim hotelem gorąco prosiłem muzyków, żeby uderzyli tym numerem w Krakowie. Niestety, nie doczekałem się. A już powtarzałem sobie wersy: „Sacrifice, Inferno, Bomber!”… Vader? O mój Boże (czy raczej Lucyferze?)!… Toż to istny czołg! O ile we Wrocławiu potrzebowali trochę czasu na rozpęd, to w Krakowie panie sprzątaczki mogły położyć się spać dość wcześnie, ponieważ scena została maksymalnie wyczyszczona już na starcie. Aż trzy kawałki z – jak dotąd mojego ulubionego – albumu Litany (Wings; tytułowy oraz Cold Demons); do tego niesamowity Dark Transmission oraz wyczekiwany przez wszystkich Sothis. Kilka miesięcy temu Piotr Luczyk po koncercie Vadera w Manchesterze wyznał gdzieś: „Ci Panowie wiedzą, co robią na scenie”. Nic dodać, nic ująć. Skoro pojawił się angielski akcent… Jeśli ktoś chwiał się na nogach i nie był jeszcze położony na łopatki, to Steeler Judasów okazywał się ostatecznym ciosem. Peter, Spider, Hal i James mówią: dobranoc. Światowy poziom.

Acid Drinkers jak to Acids! Selektywne brzmienie, choć wydawało mi się, że gdy podskakiwali (dosłownie!) na scenę przy dźwiękach Barmy Army tuż po Vaderze, to było cichutko. A może ja już miałem tak przytępiony słuch? Momenty były… 25 Cents For A Riff, Become a Bitch, strzały z Verses of Steel (chociażby Fuel of My Soul) oraz niespodzianka w postaci dawno niesłyszanej Acidofilii. Nie sposób nie wspomnieć o ujmującym, lekko bełkoczącym w Krakowie Titusie: „Ale super gra się z tymi fajnymi ch…mi! Vader, Kat – dzięki!”. Pytanie retoryczne: „Pasuje?” padło chyba z tysiąc razy. Odpowiedź mogła być tylko jedna.

Czas na KAT i Romana. W przeciągu ostatnich lat widziałem kilkadziesiąt koncertów tej ekipy. Z daleka i bardzo bliska. Występ we Wrocławiu był niezły, choć nerwowy z kilku względów. Owa nerwowość wpłynęła chyba na zawrotne tempo Porwanego obłędem. Sami muzycy stwierdzili po sztuce, że była to najszybsza wersja tego klasycznego numeru. Końcówka Bastarda i ¾ Diabelskiego domu cz. II okazały się czasem dla publiki, bo ostro zdenerwowany wokalista (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi) zniknął ze sceny. Sytuacja szybko jednak została opanowana i „okręt popłynął dalej”. Po wrocławskim koncercie, jak i nazajutrz z lekką obawą obserwowałem Romana. Był wyraźnie przeziębiony, miał temperaturę, uskarżał się na stan zapalny w gardle. W ciągu dnia podpytywałem: „Jak się czujesz?”. „Nie jest źle” – uspokajał sytuację. Zastanawiałem się, jak sobie poradzi wieczorem… I kiedy równo o 21 wpadł na scenę, otrzymałem odpowiedź. Ten wielki wojownik jeszcze bardziej przyśpieszył tempo swojego tańca, a gardłem jakby się wcale nie przejmował, bo wydzierał się, a nawet wchodził na rejestry z dawnych lat! Trzeba dodać, że tego dnia miał wsparcie w  niesamowicie naoliwionej maszynie, w której zagrały wszystkie tryby, począwszy od dwóch Jacków, Krisa, Laksika po technikę, świetlika i dźwiękowca. „Do czasz lecą roje / do wież pędzą konie”!!! Nie jest to pean ku czci mojego ukochanego zespołu, tylko stwierdzenie faktu, który z pewnością potwierdzą zgromadzeni w krakowskim klubie Studio… Dla mnie był to jeden z najpiękniejszych koncertów Kata&RK w jego historii nowożytnej.

W każdej legendzie tkwi ziarno prawdy. Prawdy o tym, że polski metal to wciąż górna póła. I tak w najbliższą niedzielę Ecclesia Diabolica Baltica, czyli Behemoth w Krakowie.

PS Podziękowania dla Mleczaja za skuteczną pogoń po autostradzie za Winylowymi.