Świr z krakowskiej ulicy

Kilka godzin przed batalią krakowskiej Wisły z Legią w Warszawie, napisałem do Maćka Sadloka taką oto wiadomość: „Biorę prysznic i patrzę na planty”… Jadę właśnie do Krakowa na spotkanie z człowiekiem, który niejednokrotnie wykonywał Wasz hymn. Dlatego przed tak ważnym meczem przesyłam trochę bluesa i krakowskiego klimatu”, dodając link do znakomitego utworu Andrzeja Sikorowskiego pt. Okno na planty. Niestety. 7:0 dla Legii. A pan Sikorowski jakby przeczuwał scenariusz. Godzinę przed rozpoczęciem meczu, na moją zajawkę o potyczkę Legii z Wisełką, odrzekł: „Oczywiście, że będę oglądał… Ale coś czuję, że nie będzie dobrze”.

„Prowadź mnie ulico, prowadźże za rękę / wszystko mnie zachwyca w tym kamiennym piekle / bramy co na oścież, kwiaty w każdym oknie / i ten mój samotny marsz”…

Jak już gdzieś wspomniałem, ostatnio mocno jestem zatopiony w metalu, a po wizycie w mieszkaniu Leszka Wojnicza-Sianożęckiego, to już nie ma mowy o kole ratunkowym, bowiem ciężar spakowanych płyt jest poważny, bardzo poważny. Ale przecież do kuźni Hefajstosa zajrzy czasami Apollo ze swoim łagodnym klimatem… Stąd odświeżam, w przerwie między łomotem a uderzeniem, dyskografię Johna Mayera i właśnie lidera Pod Budą, który kilkanaście dni temu z pomocą Wydawnictwa Literackiego opublikował autobiografię W moim znaku Waga. Śpiewanie o sobie

„A teraz anegdota rodem ze stolicy. Oglądałem w pubie mecz mojej Wisły z warszawską Legią. Oj, nie kochają się zwolennicy obu klubów. Kiedy padła bramka dla legionistów, w lokalu wybuchła euforia i tylko w kącie przy piwie, jakiś facet, czyli ja, mało się radował. Gdy nasi wyrównali, ucieszyłem się umiarkowanie, po prostu zabrakło mi odwagi, by skakać do góry w obecności łysoli z byczymi karkami. Życie zawdzięczam pewnie temu, że Legia ostatecznie wygrała. A może też jeszcze czemuś innemu? Gdy opuszczałem miejsce zdarzenia i przeciskałem się do wyjścia obok zatłoczonego baru, wytatuowany osiłek złapał mnie za rękaw. Pomyślałem: koniec, bójka gotowa, a ja w niej bez szans. A gość wycedził: „Ty, my wiemy, kto ty jesteś, ale jesteś w porządku”. Tak namaszczony z lekkością wypłynąłem na ulicę”.

Bardzo cenię gościa. Za twórczość, za słowa, za postawę. A pamiętam, jak będąc uczniem gimnazjum, z na pół jeszcze kapuścianą głową udawałem buntownika i rechotałem z jego twórczości przed naszą polonistką oraz resztą klasowej bandy. Okazuje się, że do wszystkiego trzeba dojrzeć. Myślę, że ten proces przebiegł w moim przypadku dość sprawnie.  I tak pędząc do Krakowa na Międzynarodowe Targi Książki, wertowałem w busie stronę po stronie i tylko potakiwałem głową z zachwytem, jakby potwierdzając zbieżność poglądów, myśli…

„Podobną awersję mam do słowa „kariera”, bo dotyczy tak wielu ludzi i dziedzin, że traci w pewnym momencie swój sens. Czy karierą jest żmudne, wieloletnie pisarstwo uwieńczone w końcu Noblem? Czy też wiele milionów internetowych odsłon jakiegoś przygłupa, któremu zyskana w ten sposób sława pozwala wkrótce czerpać krociowe zyski? Jak porównać karierę piłkarza obsypanego z dnia na dzień kasą z drogą zawodową wybitnego chirurga dokonującego pokazowych operacji na całym świecie? Oni wszyscy zrobili jakieś kariery, ale wspólnego mianownika nigdy, w mojej opinii, posiadać nie będą”.

Wykorzystywałem i będę wykorzystywał twórczość Sikorowskiego w szkole. W trakcie spektaklu podczas mojej pożegnalnej akademii w SMS Rekord poleciała Cha Cha dla Ani Dymnej (zresztą powiedziałem to Panu Sikorowskiemu, na co ten szczerze się uśmiechnął i wyznał: „Obiecuję, że przekażę Ani”). Proponowałem uczniom recytację Świra z mojej ulicy, Piosenki  na koniec świata oraz… Tak! Tego wspaniałego wystąpienia Szymona z piątej klasy podstawówki nie zapomnę. Jakże autentycznie wypadł w Zmowie z zegarem! Na szczęście uwieczniłem to na nagraniu! Wyobraźcie sobie bowiem zagubionego jedenastolatka, który z aktorskim zacięciem wyznaje: „I tęsknię za odległą chwilą / bo tę tęsknotę mam już w genach / gdy mózg i honor były siłą / a nie krawaty od Cardina”…

Książkę Sikorowskiego połknąłem błyskawicznie.  Podczas lektury przypomniały mi się eskapady na sztuki krakowskiego artysty do Bydgoszczy czy Torunia, gdzie wspólnie z Grzegorzem Turnauem dosłownie wyrwał publiczność z miejsc. Muzyką, słowami, anegdotami… Tych w Śpiewaniu o sobie niemało. Polecam.

*Cytaty pochodzą z książki Andrzeja Sikorowskiego pt. W moim znaku Waga. Śpiewanie o sobie. Zdjęcie: Kraków, 27 X 2019