Pozory pandemicznego zamknięcia. Wędrówka do Ameryki

„W tańcu, w kinie, fikcji czy w architekturze –

wszystko, co specyficznie amerykańskie, ma w sobie

coś dzikiego…” – Jean Baudrillard, „Ameryka”

***

Dlaczego zrobiłeś na mnie aż tak wielkie wrażenie? Gdzie jesteś? Dlaczego czerń? Co zamierzasz? Co widzisz? „Nad Bon Aqua nadciąga burza, i to niemała. Przyszła znad Pacyfiku przez południowy kraniec Gór Skalistych i Nowy Meksyk, Teksas, Oklahomę, Arkansas aż do Missisipi (…)”*.

***

Odwołano koncerty, zamknięto szkołę. Przez trzy miesiące praktycznie nie skorzystałem z autobusu i pociągu. Atrakcją nagle okazało się wyjście do pobliskiej piekarni. To trudne doświadczenie dla człowieka, który lubi drogę, trasę, zmieniającą się przestrzeń. Musiałem zwolnić, pewnie jak wielu ludzi. Musiałem zmierzyć się z pytaniami, które zadała w jednym z wywiadów Olga Tokarczuk: „Gdzie jest ten punkt, od którego zaczyna nas nosić, ile potrafimy znieść, gdzie jest nasze centrum? Na ile rzeczywiście żyję swoim życiem?”. To bardzo trudne, punktujące pytania. Niewygodne. Niekomfortowe jak pandemiczne zamknięcie.  

***

Odmłodzona mleczarka Vermeera schodzi do serca nordyckiej natury. Któregoś wieczoru chłonąłem  w słuchawkach album MYRKUR „Folkesange”. Kiedy Amalie Bruun kończyła swoje hipnotyzujące wokalizy, spoglądałem kątem oka w telewizor. W tle leciał jakiś program publicystyczny. Nagle moją uwagę przykuł szkic przedstawiający dziecko z dumnie uniesioną lalką-pielęgniarką, podczas gdy w koszu na śmieci znalazł się Batman i Spiderman. Ta ołówkowa metafora tylko podkreśliła fakt, że to chwila kreuje bohatera. Sądzę, że pielęgniarkę, trzymającą za rękę umierającego starca kilkanaście miesięcy temu, cechuje to samo poświęcenie, ten sam poziom odwagi, takie samo poczucie ludzkiej powinności jak w czasie koronawirusa. Lalka niestety już niedługo podzieli los Batmana i Spidermana, a pielęgniarska służba, tak teraz medialnie opiewana, powróci do naturalnych granic – granic zarysowanych najczęściej wzrokiem własnej rodziny i rodziny pacjenta.

***

Czy nie stałem się zbyt zgorzkniały? Można tak wnioskować, patrząc na dwa ostatnie wpisy i początek tego felietonu. To byłoby błędne domniemanie, bowiem cały czas pielęgnuję w sobie fascynację. Kilka dni temu zachwyciłem się niezwykłym esejem pt. Piosenka ci nie da zapomnieć prof. Ryszarda Koziołka. W ostatnim fragmencie tekstu autor zadaje pytania (znów pytania!): „Wiele razy zastanawiałem się, czy to mądre, aby tyle uwagi poświęcać nieobecnemu lub nieistniejącemu, o którym mówi literatura? Czy to nie śmieszne i gorszące, że więcej wiem o Stanisławie Wokulskim (…) niż o którymkolwiek z sąsiadów, z którymi mieszkam w bloku?”, po czym odpowiada: „Zwykła czułość chce dotknąć tego, co kocha. Kiedy nie ma czego dotykać, ręka zawisa w powietrzu. Żeby nie zostać z tym rozpaczliwym i śmiesznym gestem, ruch ręki zmienia się w myślenie o tym, czego nie możemy dotknąć”. Ruch ręki zmienia się w myślenie o tym, czego nie możemy dotknąć…

***

Rozpoczęło się od albumów Johnny Cash is coming to town i Water from the Wells of Home. Później koncertówka z Willie Nelsonem (wzrusza do głębi!) i klasyk w postaci Johnny Cash at San Quentin. Potrafię kilkadziesiąt razy wracać do początku, kiedy absolutną ciszę zmiata aplauz osadzonych, wchodzi gitara do „Big River”, po czym słychać: „Hello! I’m Johnny Cash”. Coś nieprawdopodobnego. W tym głosie jest wszystko: luz, country, rock and roll, western, wolność i Ameryka. Zwariowałem.

Podświadomie wyczułem, że historia tego gościa nie będzie mi obca. Film Spacer po linie w reżyserii Jamesa Mangolda tylko potwierdził te przypuszczenia. Całość obejrzałem z zapartym tchem. W uderzający sposób ukazuje lęk, samotność i wewnętrzną walkę człowieka w wirze zdarzeń. Szczególnie jednak zapamiętałem jedną scenę. June Carter (Reese Witherspoon) siedzi samotna, rozmyśla o zapijaczonym i pogubionym Cashu (Joaquin Phoenix), wypowiada w ciszy: „To wszystko go spala…” – i zaczyna komponować „Ring of Fire”. Tuż po seansie czułem nieodparte pragnienie dowiedzenia się czegoś więcej, zadania kilku prostych pytań.

Gdzie jesteś? „Dziś jestem w Oregonie, zmierzając z Portland na południowy zachód przez gęste, ciemne zielenie i mgliste szarości, spowity uspokajającym szumem mojego autobusowego kokonu, w kierunku rozległych wzgórz i szerokich, łagodnych dolin północnej Kalifornii. Wiem dokładnie, gdzie jestem. W tym kraju informują mnie o tym drzewa”*.

Co widzisz? „Nad Bon Aqua nadciąga burza, i to niemała. Przyszła znad Pacyfiku przez południowy kraniec Gór Skalistych i Nowy Meksyk, Teksas, Oklahomę, Arkansas aż do Missisipi (…)”*.

Dlaczego czerń? „Noszę czerń, bo ją lubię. I tak jest do dziś, a noszenie jej nadal ma dla mnie znaczenie. To symbol buntu – przeciw status quo, przeciw obłudnym domom bożym, przeciw ludziom, których umysły są zamknięte na idee innych”*.

Co zamierzasz? „Nadszedł czas i muszę iść do pracy, albo – jeśli wolisz – się zabawić. Tak przynajmniej my, muzycy wagabundzi, na to mówimy. Założę czarną koszulę, na czarnych spodniach zapnę czarny pasek, zasznuruję swoje czarne buty, wezmę czarną gitarę i pójdę dać koncert ludziom z tego miasta”*.

Wyruszę za tobą. Bez paszportu, bez wizy. W czarnej koszuli, w czarnych spodniach, w czarnych butach. Z czarną obrączką. Wciąż jednak zastanawiam się, dlaczego zrobiłeś na mnie aż tak wielkie wrażenie. Obrócił się, uśmiechnął i odrzekł: „Nazywam się John R. Cash. Urodziłem się… 26 lutego… 1932 roku w Kingsland w stanie Arkansas. „Ring of Fire” okazał się w 1963 roku sporym hitem. W tamtym czasie zniszczyłem za to swoją rodzinę i byłem na najlepszej drodze do zniszczenia siebie. Ale przeżyłem”*.

W tym głosie znalazłem wszystko: luz, country, rock and roll, western, wolność, Amerykę. I gorzką nutę tęsknoty.

25/26 V 2020, gdzieś…

*J. Cash, Cash. Autobiografia, tłum. A. Pluszka, Wołowiec 2014.