Wywiad z Elin Larsson [MUSICK MAGAZINE #32]

Kilka lat temu natrafiłem w „Polityce” na rubrykę muzyczną Wojciecha Manna. Ceniony dziennikarz zaproponował wtedy czytelnikom album BLUES PILLS. Skusiła mnie nie tylko nazwa zespołu, ale i okładka – łącząca secesję z klimatem San Francisco 1967 roku. Kupuję więc płytę, wkładam do odtwarzacza, no i… Nie było co zbierać. Co prawda taką muzykę już grano, więc niby nic oryginalnego, ale usłyszałem w tym wszystkim szczerość, przybrudzoną dynamikę i młodzieńczą witalność! Zresztą Nuclear Blast nie wydaje byle czego, czyż nie? Od ukazania się debiutanckiego krążka minęło sześć lat. W tym okresie grupa BLUES PILLS przemierzyła Europę i Amerykę, zahaczyła o prestiżowe festiwale (m.in.: Hellfest w 2014, Roskilde w 2016, Wacken w 2018), nagrała drugi album Lady in Gold, po czym przypieczętowała sukces wydawnictwem koncertowym Lady in Gold – Live in Paris. Nie obyło się bez przetasowań personalnych. W konsekwencji współzałożyciel grupy, Zack Andersson, postanowił chwycić za wiosło, a gitarę basową przejął Kristoffer Schander. Można rzec, że wpakował się do kapeli z nutą bezczelności. Dlaczego? Wystarczy posłuchać jego partii na Holy Moly! – czyli najnowszej propozycji BLUES PILLS. O „ciężkości” nowej płyty (i nie tylko) porozmawiałem z prawdziwą lwicą sceniczną, wokalistką zespołu. To nie żadne dzieciątko z Bullerbyn. To Elin Larsson…

Mateusz Żyła: Cześć, Elin! Oglądałem Twój ostatni wywiad dla Primordial Radio i dostrzegłem na ścianie plakat Ghost . Jak często nucisz sobie super przebojowy refren: „Come together, Lucifer’s son”?

Elin Larsson: Cześć, Mateusz! „Come together, Lucifer’s son”… Każdego dnia! Muszę jednak przyznać, że to plakat mojego męża, ale i ja lubię Ghost, więc mógł pozostać na ścianie (śmiech). Z albumów Ghost cenię sobie np. Meliorę. Prequelle też ma ciekawe momenty.

Przejdźmy do Blues Pills. Wasze utwory dotykają ważnych spraw: relacji damsko-męskich, wolności, przemijania. Myślisz, że teksty piosenek przejmują rolę literatury? Pamiętamy o nagrodzie Nobla dla Dylana…

Zwracamy uwagę na warstwę tekstową. Chcemy, żeby nasze piosenki zawierały jakąś myśl, przesłanie, choć oczywiście nigdy nie oczekiwałam, ani nie oczekuję, że otrzymamy za to Nobla (śmiech). Wielu artystów pisze ciekawe teksty, zapewne głębsze od naszych… Z drugiej strony nie sądzę, by treści utworów były najważniejszym elementem, szczególnie jeśli mówimy o koncertach.

Jaki rodzaj literatury lubisz najbardziej?

Lubię thrillery, których częściej słucham niż czytam. Na ten moment wybieram audiobook niż tradycyjną formę literatury.

Pytam o książki, ponieważ artysta bez doświadczeń ani oczytania nie napisałby czegoś tak głębokiego jak Ty to zrobiłaś w I Felt a Change.

Coś w tym jest… To poważny, dość smutny i bolesny utwór.

Zostawmy więc to! Niedawno wyszłaś za mąż i należy się cieszyć, gratulacje! Pojawia się również nowa płyta Holy Moly! Wydaje mi się, że jest cięższa niż dwie poprzednie. W niektórych momentach Kristoffer Schander brzmi jak Geezer Butler! Taki był zamiar?

Na początku pracy nad nowym materiałem musieliśmy zmierzyć się z trudnościami. Zmarł nasz przyjaciel. Później gitarzysta Dorian Sorriaux poinformował nas, że odchodzi z zespołu. Byliśmy naprawdę mocno przygnębieni i wkurzeni. Postanowiliśmy wykorzystać tę złość. Powiedziałam chłopakom, że musimy stworzyć album, który będzie brzmiał jak wielkie FUCK OFF! I udało się.

Oprócz ciężkości, wybrane fragmenty są naprawdę szybkie. Pod koniec Proud Woman brakuje ci tchu…

Tak. To jest szaleństwo! Niektórzy wokaliści nagrywają kilka śladów, dopieszczają frazy itd. Ja z kolei uczę się piosenki na pamięć i uderzam prosto z serca. Staram się śpiewać w taki sposób, by później poradzić sobie w warunkach koncertowych. Dlatego też weszłam do reżyserki ze zwykłym mikrofonem i postanowiłam reagować tak, jakbym stała na scenie. No i tak mnie poniosło, że prawie straciłam oddech (śmiech). Wszystko jest prawdziwe, autentyczne, szczere.

Lubie cały album, ale szczególnie przy dwóch utworach czuję gęsią skórkę. Pierwszym z nich jest Dust niesamowity blues, znaczący tekst. Mogłabyś opowiedzieć coś więcej na temat powstawania tej piosenki?

Jasne. Tekst i melodię napisałam w busie podczas trasy koncertowej w 2017 roku. Później pracowaliśmy nad tym utworem w studiu, ponieważ niełatwo było znaleźć odpowiednie proporcje. Dust oparłam na delikatnym wokalu, ale nie chcieliśmy tak naprawdę, by była to lekka rzecz. Szukaliśmy więc pomysłu, by odpowiednio połączyć delikatność z uderzeniem. W końcu znaleźliśmy inspirację w Arctic Monkeys. Dołożyłam trochę krzyku w refrenie i zagrało!

A już całkiem zagrało w Bye, Bye, Birdie! Wyobrażasz sobie, co będzie się działo pod sceną?!

(Śmiech). O tak! Już widzę to szaleństwo! Historia dotyczy martwego ptaka, którego kumpel ze sklepu muzycznego przyniósł do naszego studia…

No proszę. Sataniści z ekipy Blues Pills.

Bez przesady (śmiech)! Na początku myślałam, że ten ptak jest żywy, ale był wypchany! Jestem wegetarianką i przez cały dzień na niego patrzyłam. To był strasznie smutny widok. Nagle zaczęliśmy się zastanawiać, w jaki sposób moglibyśmy przywrócić mu życie. Postanowiliśmy napisać o nim piosenkę i dzięki temu stał się częścią całej płyty na zawsze.   

Na początku Song From a Mourning Dove śpiewasz bardzo delikatnie, krystalicznie. Od razu przypomniała mi się Amalie Bruun z Myrkur. Co sądzisz o Folkesange?

Przesłuchałam kilka piosenek. Amalie jest świetna! Podąża swoją ścieżką, szuka przestrzeni dla nowych możliwości, dla rozwoju. Niektórzy próbują sterować i pokazywać artyście, jak się ma ubierać, wyglądać, zachowywać. Uwielbiam tych, którzy robią to całkowicie po swojemu i nie boją się wyjść poza ciasny krąg. Wydaje mi się, że taka właśnie jest Amalie.

W waszych najnowszych wideoklipach i promocyjnych zdjęciach pojawiają się czerwone motywy. Symbolika tego koloru jest dość bogata, np. w kulturze japońskiej czerwień oznacza bohaterstwo. Mogłabyś opowiedzieć o jakiejś historii z twojego życia, kiedy to musiałaś popisać się nadzwyczajną odwagą?

O… Trudne pytanie. Wiesz, tak naprawdę muszę być odważna każdego dnia.

Scena wymaga odwagi.

Racja. Podczas pierwszych koncertów byłam bardzo przestraszona, kiedy to musiałam stanąć naprzeciwko tłumu. Nie byłam na to przygotowana. Wiesz, wszyscy byliśmy jeszcze bardzo młodzi. Teraz już jestem bardziej doświadczona i raz nawet odważyłam się przerwać koncert. We Francji jakiś koleś przed sceną uderzył innego fana. Zobaczyłam krew. Zdecydowałam, że przerywamy granie, dopóki sytuacja się nie uspokoi. Nie lubię, gdy publiczność ze sobą walczy. To nie jest rock and roll.

„Musick Magazine” to metal ponad wszystko. Kilka lat temu wspominałaś o swoich kumplach ze szkolnej piwnicy, którzy zapoznali się z muzyką metalową.

Tak, wtedy poznałam cięższe rzeczy. Hard rock, heavy metal. Śpiewałam repertuar Black Sabbath.

Szwecja to m.in. Bathory, Candlemass, At The Gates, Entombed, Unleashed, Amon Amarth, Therion. Który z tych zespołów cenisz najbardziej?

Entombed.

Ciekawe! Hipiska, która wybrała ścieżkę lewej ręki.

Nadinterpretacja (śmiech)…

Wróćmy do nowego albumu. Jeden z tytułów to Rhythm In The Blood. W nawiązaniu do niego pytanie porównawcze: Girls Got Rhythm AC/DC czy Raining Blood Slayer?

Raining Blood! Pozostaję pod wielkim wrażeniem pożegnalnego koncertu Slayera w Sztokholmie. Mamy nawet przygotowany utwór, który jest silnie inspirowany Slayerem, ale nie pojawił się na Holy Moly! Jestem jednak przekonana, że nagramy go w późniejszym okresie.

Na koniec jakieś słowo dla polskich metalmaniaków?

Bądźcie wierni swoim dźwiękom i koniecznie sprawdźcie nasz nowy album! Dzięki za wsparcie. Pamiętam Pol’And’Rock Festival. Jeden z najlepszych koncertów w naszej karierze! Nigdy nie zapomnę reakcji ludzi podczas wykonania Little Sun. To było niesamowite.

Dzięki wielkie za rozmowę. Muszę przyznać, że nie tylko głos, ale i twój śmiech powinien być uznany za narodowy skarb Szwecji.

Wow! Dziękuję bardzo. Do zobaczenia na koncertach!  

Wywiad ukazał się w MUSICK MAGAZINE, nr 32, 3/2020