Pamiętnik niepokornego belfra (1)

Odnoszę wrażenie, że do tej pory radziłem sobie całkiem nieźle. Pandemiczna zawierucha zbytnio mnie nie dotykała, bo czmychałem w literacko-muzyczny świat. Ostatnio wspomniałem o Ameryce. Powoli jednak dobijam do granicy. Pojawia się irytacja. Co prawda, potrafiłem i potrafię uciec od covid-medialnego obłędu, który zdążył już zdeptać, zmielić i wypluć mózgi wielu obywateli, niemniej poczucie ciągłej niewiadomej i hasła w stylu: „Rekord zakażeń”, „Trzecia fala nabiera rozpędu”, „Czy będzie kolejny lockdown?” powodują, że staję się niezmiernie rozdrażniony, a bluzgów, jakimi strzelam w informacyjne paski, nie wypada tu nawet cytować.

No więc znów powracam do biurka, zapalam lampkę, puszczam Dylana i przygotowuję lekcje z Lalki. Ustawiam z Rzeckim wystawę sklepową, pojedynkuję się z Krzeszowskim, każdą kobietę mylę z Łęcką, w końcu „daję nura” do Paryża razem z Wokulskim. Słucham też (choć nie chcę usłyszeć) Szumana, który twierdzi, że „romantycy muszą wyginąć”, że „dzisiejszy świat nie dla nich”. Pomysły zrzucam na kartkę, selekcjonuję fragmenty. Powoli krystalizują się tematy zajęć, treści, polecenia, sprawy do dyskusji. Materiał ma potencjał. Szkoda byłoby zaprzepaścić tak wartościową powieść (mówiąc prościej: dzieło Prusa jest po prostu genialne, wielkie i ponadczasowe!), z którą wielu uczniów spotka się po raz pierwszy i ostatni. Wierzę w powodzenie, choć obawy oczywiście są, a wynikają one ze specyfiki zdalnej formy nauczania. Właśnie z tymi obawami zasiadłem wieczorem w fotelu, licząc mimo wszystko na chwilę odpoczynku…

Tak, przygotowanie serii lekcji jest przyjemnością, ale też presją, odpowiedzialnością i sporym wysiłkiem, po którym – jak każdy człowiek pracujący – potrzebuję relaksu. Niejednokrotnie szukam go w bieganiu, w romansowaniu, w wędrówce, w pobliskiej knajpce lub na koncercie. Dwie ostatnie możliwości odpadają z wiadomych przyczyn, biegać i romansować (szczególnie po doświadczeniach z Łęcką!) nie zawsze się chce, więc chwyciłem za pilot i włączyłem Polsat News. To był błąd.

Jeśli nie zbulwersowały, to z pewnością zniesmaczyły mnie słowa i zachowanie doktora nauk medycznych, immunologa – pana Pawła Grzesiowskiego, który podczas wczorajszej Debaty Dnia w Polsat News chyba nie do końca panował nad emocjami. Rozumiem szczerość i świadomość epidemicznej sytuacji, ale posługiwanie się metaforyką wojenną, zarzucenie szukającym nadziei, iż „wypierają” oni zagrożenie pandemiczne, w końcu trzymanie się za głowę w trakcie wypowiedzi innego gościa programu – było co najmniej niestosowne. Żałuję, że nie mogłem uczestniczyć w tej dyskusji, bo nie dałbym drowi Grzesiowskiemu tak łatwo zepchnąć się do narożnika.

Dziennikarka Agnieszka Gozdyra zaprosiła do debaty trzy osoby: wspomnianego dra Grzesiowskiego, panią Małgorzatę Kmiecińską – nauczycielkę warszawskiego LO oraz psychologa Macieja Frasunkiewicza. Z uwagą przysłuchiwałem się tej dyskusji, szczególnie wypowiedziom pani polonistki, które okazały się być spokojne, wyważone i trafne. Też uważam, że lekcje zdalne nie mają dynamiki i choćbyśmy stawali na głowie, trudno o efektywność takiej pracy. Zawsze wymagam od uczniów maksymalnego zaangażowania i koncentracji, ale czy sam potrafię takową zachować podczas konferencji pedagogicznej online? Po wypowiedziach nauczycielki i psychologa do głosu doszedł pan dr Grzesiowski, który stwierdził, że mamy coś na kształt wojny biologicznej i normalność nie wróci ani dziś, ani jutro, ani za kilka miesięcy (a może nawet i za kilka lat!). Normalność w rozumieniu: gra w piłkę na boisku szkolnym, uczniowski gwar w korytarzach itd. Z całym szacunkiem dla wiedzy i dokonań pana doktora, ciśnienie wybiło mnie z fotela! Psycholog i nauczycielka wydawali się zbici z tropu, redaktorka próbowała podjąć rękawicę, ale niestety nikt nie zauważył, że naukowiec – świadomie lub nieświadomie – wyłożył się… Zaraz, zaraz! Tzw. minister Czarnek przebąkuje o powrocie do szkoły jeszcze w tym semestrze, szeryf resortu zdrowia też tego nie wyklucza, prof. Horban zaczyna uspokajać społeczeństwo, a tu pan dr Grzesiowski nagle wykłada na stół tak pesymistyczne karty, nie oferując nic konkretnego w zamian. Mówi, że nie chce straszyć, a straszy. Może wie coś, czego nie wie jeszcze społeczeństwo? Pan doktor uśmiecha się, łapie za głowę, walczy na froncie wojny biologicznej – bez litości, bez empatii. W ferworze walki zapomniał jednak, że nawet podczas wojny niezbędne są mechanizmy obronne, w tym jeden z najsłynniejszych, nazywany procesem wyparcia. Gdybyśmy dziś nie wypierali przeklętej myśli, zgodnie z którą wrócimy do normalności dopiero za kilka lat, po drugiej stronie komputera nie byłoby żadnego ucznia, a i ja zastanawiałbym się, czy w Microsoft Teams kliknąć „dołącz teraz”. A tak… Walczymy (nie brakuje ofiar), zmagamy się z materią, uczymy się, powtarzamy romantyzm, żywiąc jednocześnie nadzieję, że Lalkę omówimy już w sali 111. Bo przecież pan dr Grzesiowski – jak każdy człowiek – ma prawo do błędu, jak i gorszego dnia.

A może ma rację? Może za kilka lat, w trakcie zdalnej debaty, usłyszę od niego to, co Wokulski od doktora Szumana? „Stary romantyku… stary romantyku”…   

4 III 2021