Pamiętnik niepokornego belfra (2)

„Mateusz, tylko nie spal szkoły” – rzuciła w moim kierunku koleżanka, nauczycielka historii, gdy kilka lat temu wszedłem do pokoju nauczycielskiego z naftą i zapałkami. Znała mój temperament, więc miała powody do obaw. Kilka minut później w przyciemnionej sali lekcyjnej błysnęły lampy naftowe, specyficzny zapach odurzył uczniów, którzy po chwili obudzili się w innej rzeczywistości. Rzeczywistości nieznającej jeszcze żarówek i światła elektrycznego, za to…

Nasze miasteczko najpiękniejsze jest w porze zmierzchu. W porze, kiedy oświetlone są wystawy wszystkich sklepów i magazynów, kiedy ludzie pracujący w sklepach jakby pięknieją, bo mają przed sobą wolny wieczór i część nocy […]. Kocham miasteczko, gdzie zapalają się gazowe latarnie…”.

W opowiadaniu pt. Oświetlenie publiczne Hrabala narrator powraca myślami do bohatera swojego dzieciństwa – niejakiego pana Rambouska. Ów bohater nie prowadził kanału na YT, nie bił się w klatce podczas gali Fame MMA, ani nawet nie pompował klaty i nie baraszkował z panienkami w programie Love Island. No więc co robił? Zapalał w miasteczku gazowe latarnie. Po prostu… Szedł, zapalał, rozświetlał mrok, a gdy brzaskiem wszyscy spali i chrapali, pan Rambousek znów wkraczał do akcji. Szedł, gasił…

Zwykły rytuał urasta do rangi czegoś niesamowitego, wręcz magicznego. Wieczorami chłopiec wędruje śladem swojego bohatera, z niezwykłą fascynacją obserwuje sprawne ruchy jego rąk, które odmalowują nad ulicą płomień za płomieniem. Pan Rambousek w oczach chłopca przestaje być podrzędnym pracownikiem miejskim. Pan Rambousek to majestat. Pan Rambousek to pan nocy i dnia. Wyobraźcie więc sobie deszczowy wieczór, gdy ten potężny władca słyszy prośbę przemoczonego, zmarzniętego dziecka, które pragnie zapalić choćby jedną latarnię… Warknie? Krzyknie? Przepędzi?

„Podał mi bambusowy pręt, uniosłem twarz w deszcz, malutkie światełko tliło się na dnie lampy, ale ręce tak mi drżały, że haczyk szczękał, a ja nie mogłem trafić w ten haczyk w latarni. Roztrzęsiony oddałem panu Rambouskowi bambusowy pręt, a on, nie spojrzawszy nawet, wyprostował się tylko, pociągnął i już szedł do następnej latarni… Deszcz i łzy spływały mi po twarzy i byłem tego wieczora okropnie nieszczęśliwy. Ale zakochałem się w gazowych latarniach jeszcze bardziej”.

Uczniowie zagadywali na korytarzu: „Proszę pana, braknie dziś światła?”. Bez słów wkroczyliśmy do klasy z lampami naftowymi, które położyliśmy na złączonych ławkach. Wyłączyliśmy prąd. Dzień akurat był mroczny, dżdżysty. Mgliste Beskidy rozpościerały się za oknem. Usiedliśmy wokół, zaczęliśmy rozmawiać, później czytać… Kroczyliśmy wytrwale za panem Rambouskiem, choć niejeden nos szukał schronienia za bluzą, bowiem nafta dawała popalić. Ktoś się krztusił, ktoś się dusił, pękały głowy. Nikt nie zemdlał, ale wiedziałem, że uczniowie nie zakochają się ani w latarniach gazowych, ani tym bardziej w lampach naftowych. Wszyscy dotrwali jednak do ostatniego fragmentu:

„Wiedziałem, że jeśli kiedyś rano, gdy będę szedł do szkoły, albo jeśli kiedyś w południe, gdy będę ze szkoły wracał, a jeszcze świecić będą wszystkie latarnie gazowe w naszym miasteczku, będzie to oznaczało, że pan Rambousek w nocy, nad ranem umarł”.

Wtedy jeden z uczniów podniósł rękę (pamiętam, że był to Szymek K.) i powiedział coś olśniewającego… Stwierdził, że śmierć pana Rambouska będzie prawdziwym początkiem nowoczesności. Genialna interpretacja szóstoklasisty! Z Bielska-Białej przenieśmy się do Tychów…

Klasa technik reklamy kojarzy hasło: „Nie podpalajcie mnie!”. To znak, że pan belfer z języka polskiego jest wkurzony i warto zaprzestać z nim dyskusji, bo grozi pożarem. Pewnego dnia nie uniknęliśmy jednak ognistego klimatu. Przyszedł czas na Norwida, Bema pamięci żałobny rapsod… Pragnąłem przenieść scenerię z teledysku Niemena wprost do sali lekcyjnej. Poprosiłem więc podopiecznych, by wykupili całe Tychy ze świeczek i zabrali je na zajęcia. Tak też uczynili.

Siadamy do ławek, wszyscy trzymają w ręce zapałki, knoty aż proszą się o iskrę. Ja już podniecony, że nie tylko Norwid, ale i Bem zmartwychwstaną z wrażenia. „Rwie się sokół i koń podrywa stopę jak tancerz”, więc trzeba zaczynać. Chcę rzucać hasłem „pal!” i wtedy!!!… Wiktoria z Moniką (a może Dominiką?) niczym „panny żałobne, podnosząc ramiona” – dają znak… Proszę pana, czujka przeciwpożarowa na suficie! Cała atmosfera w momencie rozpada się na kawałki jak „wielkie gliniane naczynia”, a „klekot w owym pękaniu jeszcze smętności przyczynia”. Nie ma jednak tego złego… Dziewczyny wyciągają z plecaka reklamówkę jednorazową, owijają czujkę i możemy działać!

Zapłonęły świece, Niemen siada za fortepianem. Temperatura w klasie wzrasta z każdym wersem. Niejeden rozpalony uczeń, rozgrzana uczennica zapewne marzy już o końcu, a tu utwór okazuje się niepospolicie długi. Trzynaście minut! Któż tyle wytrzyma? Kiedy klasa zmaga się z wierszem Norwida, wrzaskiem Niemena i szuka tlenu za firaną duchoty, ja stoję z tyłu. Spoglądam na sufit i myślę: „No tak, panie belfrze. Gdyby nie uczennice, przyjechałaby straż, a ty zapewne wyleciałbyś ze szkoły z hukiem niczym te mury Jerycha”. Niemen skończył, Norwid i Bem nie ruszyli się ani trochę, ledwo żywi uczniowie wyczołgali się z sali, a mnie czekała reprymenda od pani sprzątaczki, która musiała walczyć z woskiem na ławkach. Reprymenda brzmiała mniej więcej tak:

„Coś Ty młodzieży zrobił, polonisto! 

Zamiast edukować – podpalasz,

urządzasz jej ognisko”…

Ręce złamawszy na pancerz, odjechałem w kierunku Czechowic-Dziedzic. Zrealizowałem chociaż cele główne i szczegółowe lekcji? Nie wiem. Nienawidzę zresztą tych wszystkich sztucznych konspektów, dla których miejsce widzę tylko w… kominie. Nieekologicznie. Dobra, strych.

PS Co z jednorazówką? Jak wisiała, tak wisi. I dobrze. Przed nami kilka tekstów z motywem ognia.

31 III 2021