Młodzieży, gotowiście na śmierć? O strachach i imaginacjach Przemysława Czarnka

My wszyscy z niej / Na tej ziemi samobójczych skoków

Gdzie tyle razy nie było innego wyjścia

I tyle jest ciągle luk w dokumentacji

Artur Międzyrzecki, Koniec gry

Wakacje minęły szybko, no nie? Wczoraj jeszcze ściskaliśmy dłonie w geście gratulacji, podziękowań i pożegnań, a już czas powrotu. Niecierpliwe dzwonki szemrają w kątach korytarzy, pająki zwijają zamuszone sieci, kuny zarzynają ostatnie gołębie (to nie żart – grasują w najlepsze nad moją pracownią), ale absolutnie nikt nie ma prawa się stresować, gdy na straży granic, cnót i nauczycielskich pensji stoi tak wspaniały, tak dalekowzroczny, tak zaufania godny Przemysław Czarnek. Nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych ministran… – przepraszam – ministrów edukacji. Każdą jego wypowiedź odbieram z należytym błogosławieństwem, a proponowanymi zmianami w szkolnictwie zachwycam się nie mniej niż wypowiedzią dra hab. Pawła Skrzydlewskiego, zgodnie z którą ateista absolutnie nie może mazać po tablicach – szczególnie tych mojżeszowych. Z czołobitnością i wielkim uznaniem przyjąłem drobną modyfikację kanonu lektur, ponieważ w ostatnich latach uczennice i uczniowie nieustannie krzyczeli: „Więcej Wyszyńskiego! Więcej Jana Pawła II!” niczym studenci z 1968 roku łaknący Adama Mickiewicza. Zwarty, gotowy, bojowo nastawiony wkraczam w nowy rok szkolny, dlatego zapytam niczym Andrzej Kmicic Sorokę i innych orszańskich zabijaków… Młodzieży, gotowiście na śmierć?

***

Nieprzypadkowo Henryk Sienkiewicz. Na przełomie maja i czerwca omawiałem z podopiecznymi Ogniem i mieczem, we wrześniu zanurzymy się w Potopie. Zanim jednak o szanownym Henryku, otwórzmy na chwilę coś z pana Witolda: „Czytam Sienkiewicza. Dręcząca lektura. Mówimy, to dosyć kiepskie, i czytamy dalej. Powiadamy: ależ to taniocha – i nie możemy się oderwać. Wykrzykujemy: nieznośna opera! i czytamy w dalszym ciągu, urzeczeni. Potężny geniusz! […]”. Ilekroć przebijam karty Trylogii, tylekroć pozostaję onieśmielony majestatem okrutnego Jaremy; ukradkiem ocieram łzy na pogrzebie Podbipięty; karmię się malowniczymi opisami zbuntowanego Bohuna; podziwiam spokój i odwagę Kordeckiego; bronię Jasnej Góry, podpalam Kuklinowskiego, choć jednocześnie nie godnym całować ran Jędrusia; krzyczę wraz z księdzem Kamińskim nad trumną pułkownika Michała, bowiem larum grają. Nikt się nie zrywa… Tylko duchowny wciąż grzmi z ambony: „Kościoły, o Panie, zmienią na meczety i Koran śpiewać będą tam, gdzieśmy dotychczas Ewangelię śpiewali”. W sierpniu 2021 roku Najjaśniejsza Rzeczpospolita, przepotężny Chrystus Narodów, rycerz cywilizacji życia, niepokonane przedmurze chrześcijaństwa – odpiera atak trzydziestu uchodźców, bo wie, że kolejne fale przebierańców od Kara Mustafy czyhają tylko na odpowiedni moment. Młodzieży, gotowiście na śmierć?

***

Nie odsuwajcie kielicha goryczy i łez, który przyrządził wam polski romantyzm z Adamem Mickiewiczem na czele. Jam również wbity w romantyczne mity. Tak! Jakże przeżywałem Tajemnicę Westerplatte! Nie mniej szkliłem oczy przy filmie Miasto ’44. W momencie też rwałem się do walki z rosyjskim zaborcą na widok wycieńczonego, związanego łańcuchami Janczewskiego. „Jeszcze Polska nie zginęła!” – krzyknie z dumą po trzykroć przed zsyłką na Sybir. Oręż wzniesie Konrad, który chce Boga wyzwać, a właściwie i mściwie nazwać… Ca… Całe szczęście sprawę diabli wzięli. Szczęścia, tyle że domowego brakło jego imiennikowi z Litwy. Dlaczego? Odpowiedzmy po Mickiewiczowsku: „(…) bo go nie było w ojczyźnie”. Jedźmy dalej, choć „nikt nie woła”. Woła, woła, nawet z uśmiechem. Kto? Papież w złocistych pantoflach. Rzymowi i światu przeżegnanie, tudzież wielkie rozczarowanie. Polaki mają modlić się, wierzyć i czcić ca… Całkiem ciekawie tu na Mont-Blanc, lecz „lampy brak”. Nieistotne. Chmurą, właściwie zaś: edukacji światłem może być tylko jeden człowiek. Romantyk z krwi i kości. Polak-katolik. Przemysław biało-czerwony Czarnek z biało-czerwonym hasłem: „Oto Polska (szkoła) – działaj teraz!”… Młodzieży, gotowiście na śmierć?       

***

Dość żartów, bo i żartować nie ma z czego, a już na pewno nie z tożsamościowych i geopolitycznych problemów Europy Środkowej (polecam wywiady z Czesławem Miłoszem zebrane w tomie Rozmowy zagraniczne 1980-1994). Szanuję polską historię, pielęgnuję wiedzę o naszych dziejach, doceniam najwyższe poświęcenie moich rodaków w chwilach najtrudniejszych i jestem szczęśliwy, że także dzięki NIM nie muszę dzielić losu profesora Sztettera (choć chętnie wzruszyłbym się przy kolejnej, olśniewającej recytacji Reduty Ordona), ale proszę, nawet błagam – nie szukajmy na siłę kolejnych Zygierów, nie powielajmy etosu „pięknego umierania”, nie śpijmy mesjanizmem, w końcu – zgodnie z apelem Tuwima – przestańmy szarpać „Boga, honor i ojczyznę” deklinacją, dlatego też jestem zwolennikiem krytycznej analizy „polskiej polskości”, czyli nieprecyzyjnej, niebezpiecznej, wstecznej baśni autorstwa Jarosława Kaczyńskiego i edukacyjnego woja prawicy, targanego przez strach, kuszonego przez imaginację – Jego Świątobliwość ministra Przemysława biało-czerwonego Czarnka, którzy w momencie próby pierwsi tworzyliby rząd, oczywiście na uchodźctwie. Nie chcę wpaść w zastawioną pułapkę, niemniej kanon-ada trwa. Potop, Gloria victis, kardynał Wyszyński z przesłaniem: „naród (…) umacnia się (…) jedyną wspólną miłością wszystkich synów tej ziemi do Matki Ojczyzny, która nas karmi swoją piersią, a którą my niekiedy mamy obowiązek karmić… własną krwią!”. Młodzieży, gotowiście na śmierć?

***

Zacytowane słowa prymasa tysiąclecia stały się mottem najnowszej książki Stefana Chwina zatytułowanej Oddać życie za Polskę. Samobójstwo altruistyczne w kulturze polskiej XIX wieku. Chwin – z niebywałą precyzją i godną pozazdroszczenia erudycją – rozprawia się z naszymi narodowymi mitami, począwszy od legendarnej Wandy, co „nie chciała Niemca” przez historie Reytana, Ordona po dramatyczny (czy raczej „tragigroteskowy”) finał Pana Wołodyjowskiego. Autor w drobiazgowy sposób interpretuje działania i los wybranych postaci, zderzając ich obraz literacki z dokumentami historycznymi. Nie od dziś wiadomo, że taki Ordon nie zginął w reducie nr 54, lecz popełnił samobójstwo we Florencji kilkadziesiąt lat po upadku powstania listopadowego. Cóż z tego? W świadomości kolejnych pokoleń Polaków przetrwał jako bohater umierający w walce za ojczyznę. Podobnych mitów dostarczył nam Sienkiewicz (casus Kordeckiego czy Kmicica), co skrzętnie wypunktował Michael Morys-Twarowski w artykule pt. Zniszczymy twoje dzieciństwo. Pora sprawdzić, ile prawdy jest w „Potopie” Sienkiewicza [link]. Powróćmy jednak do dzieła Chwina, który z żelazną konsekwencją podkreśla sprzeczność pomiędzy moralnością chrześcijańską a nakazem samobójstwa, w tym usprawiedliwianego „samobójstwa altruistycznego” – tak bliskiego duszy polskiej. Lawina krytyki spływa przede wszystkim na Adama Mickiewicza, który prelekcjami paryskimi, czyli biblią polskiego mesjanizmu (dziełem tak heretyckim, że zakazanym wówczas przez Kościół Powszechny), przede wszystkim jednak tekstem O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych (1833) – cytuję Chwina – „usankcjonował radykalny podział społeczeństwa polskiego na Polaków lepszego i gorszego sortu, utożsamiając rozumną kalkulację sił i ewentualnych strat w działalności politycznej ze zdradą i zaprzaństwem”. Chwilę wcześniej autor – odwołując się zarówno do tekstu Mickiewicza, jak i do czynu Reytana z sejmu rozbiorowego – precyzuje:

„Kategorię powinności moralnej poeta wyniósł na szczyt hierarchii cnót Polaka-patrioty. Nie racjonalnie uzasadniona skuteczność działania, lecz obowiązek wierności wartościom narodowym bez względu na szanse ich urzeczywistnienia (…), miał się stać podstawowym kryterium oceny polskich czynów. Tak Mickiewicz budował kanon polskiego patriotyzmu, stawiając sprawy moralne na ostrzu noża. Kategoryczne „albo, albo” miało być fundamentem postawy patriotycznej Polaków”.

Tego typu romantyczna idea odezwała się szczególnie podczas II wojny światowej, czego wiernym przykładem są „żywe torpedy” (tzw. legion samobójców lecący „w patriotyczną śmierć jak ćma w ogień”), cichociemni oraz historia Powstania Warszawskiego. Czy Mickiewicz byłby dumny z widoku morowych chłopców kroczących z szabelkami wprost na czołgi? Zapewne, chociaż sam uniknął podobnych doświadczeń w 1831 roku, zaklęty urokiem, m.in. Konstancji Łubieńskiej – żony oficera wojska polskiego. Nie zdążył. Przyjechał do Warszawy w ostatnich dniach powstania listopadowego, chwilę później wyruszył do Drezna, gdzie odważył się na „wielkie przepraszam” – dramat Dziady cz. III. W 1855 roku Mickiewicz umarł na tureckiej ziemi, ale spuścizna przetrwała. Ugruntował ją Henryk Sienkiewicz w powieściach historycznych, pisząc – jakżeby inaczej – ku pokrzepieniu zniewolonych serc. A więc „hej, kto szlachta, ten z Kmiciem, hajda na”…   

***

Czy w XXI wieku powinniśmy zachęcać młodych ludzi do spotkania z dziełami Mickiewicza czy Sienkiewicza? Nie mam wątpliwości… Tak! To piękna, wartościowa, emocjonująca literatura. Potężne dziedzictwo. Jestem dumny, że możemy pochwalić się tak fantastycznymi pisarzami. Nie zgadzam się jednak na schematyczny rodzaj lektury, który spełniałby oczekiwania określonych władz. Zmierzamy niestety w tym kierunku. Jasnym jest, jaki wzór nauczyciela i obywatela chętnie widziałby obecny rząd. Tym częściej patriotyczno-martyrologiczno-katolickie dzieła musimy zestawiać z *myślami Gombrowicza (Dziennik 1953-1956):

„Największa słabość Mickiewicza na tym polegała, że był poetą narodowym (…), a przeto niezdolnym ujrzeć narodu z zewnątrz jako czegoś istniejącego w świecie”;

*refleksjami profesor Marii Janion (Niesamowita słowiańszczyzna):

„Henryk Sienkiewicz był na pewno genialnym pisarzem, ale wzorce, które nam zostawił i na których wychowują się bezrefleksyjnie całe pokolenia, są okropne. Pełno w nich pogardy i nienawiści do innych narodów, innych bliskich nam przecież – bo sąsiednich – kultur, religii. Żyjąc tymi ideałami, nigdy nie staniemy się narodem otwartym, tolerancyjnym”;

*uwagami Stefana Chwina o przedmurzu chrześcijaństwa (Oddać życie za Polskę…):

„Okazuje się, że Przedmurze nie jest jakimś monolitycznym murem. Jest ono dziurawe, osmotyczne, przepływowe. Jeśli bowiem Polska ma być przedmurzem wobec islamu, to sprawę komplikuje jej wielonarodowość i wieloreligijność. Środkowej Europy wcale nie dzieli na pół wyraźna granica pomiędzy pogaństwem i chrześcijaństwem. Sam Azja drwiąco przypomina, że w katolickiej Polsce (…) wolno każdemu swoją wiarę wyznawać. Każdemu to znaczy Wołochom, Ormianom czy Grekom. W ramach polskiej armii oddziały muzułmanów bronią chrześcijańskiej Europy przed muzułmanami z Turcji”;

*tezami M.P. Markowskiego (Wojny nowoczesnych plemion. Spór o rzeczywistość w epoce populizmu):

„Polska nie jest dla mnie wartością, której muszę być wierny mimo wszystko, ale zbiorem znaczeń, które w tworzeniu sensu mojego życia czasem są dla mnie pomocne, czasem nie. Gdybym od polskości uzależniał sens własnego życia, nie mógłbym się związać z moją partnerką, Portorykanką, bo wartości naszych kultur – jej oparte na radości, moje oparte na opłakiwaniu (…) – nigdy by się nie zbiegły”;

*powieściami Khaleda Hosseiniego czy wstrząsającym filmem My Name Is Khan. Wystarczy. Zostawiam do przemyślenia, tymczasem słyszę dzwonek. Kończę ten artykuł. Wszystkim uczennicom i uczniom życzę głębokich, fascynujących, krytycznych spojrzeń zarówno na polskość, jak i europejskość. Świat nie jest wrogiem, nie jest zagrożeniem. Świat stoi otworem, zapytam więc…

Młodzieży, gotowiście by żyć?

Artykuł inaugurujący rok szkolny 2021/2022

[Czechowice-Dziedzice – Tychy, 31 VIII]

Pisałem nocą przy dźwiękach Chopina