Behemoth. Trzy dekady blasfemii

W Szwecji opijają trzydziestolecie Marduk, ale przecież nie możemy zapomnieć, że trzydziestkę świętuje również pewien zespół z gdańskim rodowodem. Sformułowanie: „pewien zespół” jest tu oczywiście celowym eufemizmem, przejawem bezczelności (tak typowej dla solenizanta), bo przyjdzie nam przecież opowiedzieć o światowej maszynie, której rozpęd zatrzymała pandemia. „Only sky is the limit” – zwykł mawiać wciąż nienasycony lider, a urodzinowa celebra, jaką przygotował z całą ekipą Behemoth i Grupą 13 są tych słów świadectwem najpełniejszym. Spektakularnych obrazów, jak i elitarnych przysmaków nie zabrakło, efekty już niebawem, zaostrzmy więc apetyty.

Wrocław. Początek lipca. Upał. Temperatura dobija do trzydziestu stopni. Około godziny 13 mam zameldować się w hotelu Bridge. Przybywam wcześniej, zamawiam herbatę. Przed wejściem pojawia się Seth i Inferno, schodzi także Orion. Po krótkiej pogawędce muzycy wyruszają do celu, tymczasem ja powracam do stolika, obserwuję, chciałoby się rzec za klasykiem, że z niecierpliwością „czekam na sygnał z centrali”. W końcu podjeżdża czarny mercedes z charakterystyczną rejestracją, zaczyna brzęczeć telefon. „Ruszamy?” – rzuca Nergal.    

Ruszamy. W drodze na plan odświeżymy kilka dziejowych spraw Behemoth…

I

„Jesteśmy już po pierwszym dniu zdjęciowym. Wygląda to naprawdę nieźle. Niesamowicie jaram się tym przedsięwzięciem. Obchodzimy trzydziestolecie w wielkim stylu! Zresztą sam zobaczysz…” – zaczął z entuzjazmem Nergal, tym razem odziany w koszulkę Kreator. Mijamy kolejne dolnośląskie miejscowości, słuchamy Dimmu Borgir, Kat, Mayhem, Incantation, rozmawiamy, a mnie wydaje się, że wysoka prędkość jest najlepszym odzwierciedleniem tego, co przydarzyło się Behemoth w ostatnich latach. Wypada żałować, że epidemia koronawirusa oddaliła wciąż znakomicie rysującą się przyszłość, ale zespół niejednokrotnie pokazał, w jaki sposób należy zgnieść przeszkody. W 2009 roku płyta Evangelion wylądowała na 55 miejscu listy Billboard (warto przypomnieć, że debiut w tak zacnym zestawieniu nastąpił już w czasach The Apostasy), Behemoth zjeździł Stany Zjednoczony w ramach Rockstar Energy Mayhem Festival wspólnie ze Slayerem i Marilynem Mansonem, dwa lata wcześniej zagrał 24 sztuki na prestiżowym Ozzfest, w końcu podpisał kontrakty z Nuclear Blast i Metal Blade… Bajkę przerwała szokująca diagnoza. Białaczka. Gdy jedni opłakiwali Nergala, widząc go już w niebiesiech, ten przybił w szpitalnym pokoju portrety Nietzschego i Crowleya, zdecydował się na najcięższą chemię, po czym wystosował dość enigmatyczny komunikat z jasnym przesłaniem. Stal hartuje się w ogniu. Bojowe nastawienie pomogło, a przeszczep przyjął się tak dobrze, jak cała ta romantyczna historia na salonach warszawskich. No tak, w końcu „śmierć sprzedaje się dobrze” – wyznawał Nergal redaktorowi Szubrychtowi („Przekrój” nr 50 /3416/, grudzień 2010), a fotoreporterzy z ogródka dziennikarskiej diwy Alicji Resich-Modlińskiej już ostrzyli klisze. „Pamiętam tę burzę, ale nigdy nie bałem się wyszydzenia ani ośmieszenia. Lubię ryzyko – mówi Nergal. Dzięki takiemu nastawieniu gówno krytyków spływa po mnie, a ja się oblizuję i mówię: „Ooo… Czekolada”. Krytyka to mój chleb powszedni. Podatek od ekspansywnej drogi, którą świadomie podążam. Niektórzy nie wytrzymują tempa i odchodzą, ale ich miejsce zajmują inni. Uprawiam sztukę, żeby zaspokoić własne potrzeby i właśnie karmienie ego lokuję na czele hierarchii artystycznych priorytetów. W następnej kolejności myślę o reakcji ludzi, bo bez nich nie będzie mnie nie tylko jako artysty, ale też człowieka. Nie istniejemy przecież bez lustra. Nie ma nas bez odbicia w drugim człowieku, jednak jego opinia nie powinna krępować działań. W ramach promocji Spowiedzi heretyka udzieliłem wywiadu Gali. Pojawiłem się na okładce. Od razu krzyk, że Nergal się spedalił i kompletnie odjebało mu po chorobie. Co ja na to? Zdjęcie jak zdjęcie, może się podobać lub nie. Futro przypomina skórę niedźwiedzia, więc pojawia się jakiś element atawistyczny. Ogolona klatka, kilka włosów na głowie, zadumana twarz, w tle drzewa… Niby nic wyjątkowego, ale pomyślałem, że jest to ciekawe, odważne. Oczywiście mógłbym ubrać koszulkę Slayera i wtedy spełniłbym oczekiwania metalowców, tylko po co? Mogłem ponownie zapuścić włosy, ale nie chciałem wyglądać jak Marek Jackowski death metalu. Okładka Gali była przekroczeniem kanonu heavymetalowca i właśnie w ten sposób definiuję swoją wolność. A może powinienem mówić: „Uwaga! Przekraczam!” – niczym aktorzy jednego ze spektakli w Teatrze Powszechnym? Gdy spłynęła na mnie lawina hejtu siedziałem z Krzysiem Azarewiczem. Wspólnie śmialiśmy się z tej sytuacji, przywołując postać Crowleya. Wątpię, by w kontekście podobnej propozycji Crowley zastanawiał się, co pomyśli o nim kolega z loży Ordo Templi Orientis. Nie, raczej miałby na to wyjebane, ponieważ to właśnie on przyniósł światu płomień zaklęty w słowach: „Czyń swoją wolę, a stanie się prawem”. Tej ponadczasowej myśli poświęciłem nie tylko kawałek skóry, ale też wiele tekstów i czynów. Podałem przykład Crowleya, ale podobna odwaga wyróżnia Bowiego, Qurthona, Marilyna Mansona, Rammstein”. Swoistym przekroczeniem miał okazać się także kolejny album Behemoth, roboczo zatytułowany Viva Blasfemia. Zredefiniowany Nergal niczym mnich zaszył się w mieszkaniu Czesława Mozila, zatopił w Dziennikach Gombrowicza i przygotowywał z kolegami nowe kawałki. Już próby pokazały, iż muzyka dryfuje w różnych, zaskakujących gatunkowo kierunkach, a same kompozycje wymagają specyficznego dopieszczenia. Te elementy, które zbudowały potęgę Evangelion – nie wytrzymywały zderzenia ze świeżym repertuarem. W konsekwencji zrezygnował Colin Richardson, totalnie wykończony kilkutygodniowym zmaganiem z utworem Ben Sahar, a jego miejsce zajął Matt Hyde. Jeśli ktoś myśli, że Matt z marszu spełnił oczekiwania Behemoth, to jest w grubym błędzie, ponieważ pierwszy miks okazał się gorszy od tego, który wcześniej poczynił Richardson! Zespół nie zrezygnował jednak z własnych zamierzeń, wystosował do Hyde’a szczegółowego maila. Producent odczytał go z pełnym zrozumieniem. Eureka! Praca nabrała tempa… Ostateczny tytuł płyty zrodził się w samolocie (czytajcie The Economist!), z kolei majestatyczna okładka w krwistej wyobraźni Denisa Forkasa. W 2014 roku Behemoth wypuścił The Satanist – album, który zdaniem zachodnich dziennikarzy przeniósł ekipę Nergala z undergroundu do mainstreamu. Ostatecznie i na zawsze. Mariaż wściekłego black metalu z rockową nutą trafił w gusta nie tylko fanów, ale i muzyków. Max Cavalera przy okazji zestawienia „100 Greatest Albums of the 21st Century” (The Satanist wylądował na dziewiątej pozycji) wyznał: „That album is fucking great. It made them bigger, but there’s a reason: it had better songs! I love their older stuff, it’s killer, but for The Satanist they really paid attention to songwriting (…). I really, really love it”. Płyta sprzedawała się świetnie, zbierała kapitalne recenzje, zgarniała nagrody. Behemoth prezentował na koncertach praktycznie cały album, co dokumentuje m.in. wydawnictwo Messe Noire, a takie utwory jak przebojowy Ora Pro Nobis Lucifer czy hymniczny O Father O Satan O Sun szybko stały się sztandarami w bogatym repertuarze grupy. Warto zaznaczyć, że Behemoth w ciągu trzydziestu lat działalności skomponował blisko 140 numerów i nagrał prawie 20 coverów. Wynik całkiem niezły.

„Powoli niech otwierają bramę” – komunikuje Nergal przez telefon, po czym prosi, żebym niczego nie wrzucał z planu do sieci. Nie widzę problemu, skupiam się na swojej pracy, czyli realizacji wywiadów podsumowujących trzy blasfemiczne dekady Behemoth. Nie wiem dokładnie, gdzie zmierzamy, ale ta forma enigmy jeszcze bardziej mnie podkręca. „Przez ostatnie tygodnie praktycznie nie wychodziliśmy z sali prób. Przygotowaliśmy przekrojowy set z niespodziankami. Niektóre kawałki były wykonywane bardzo rzadko lub… nigdy! Nie poszliśmy na łatwiznę, nie zagramy typowego „the best of”. Z ostatniej płyty wybraliśmy tylko jeden numer” – opowiada Nergal. Wydaje się wyluzowany, pewny siebie i zespołu, choć przypuszczam, że w jakiejś części (zapewne drugiej) rozgrywa już ten koncert w głowie. Kątem oka obserwuję artystę, to znów zauważam wystający z przegródki digipack I Loved You At Your Darkest.  Czy ten album zdołał przebić uznanego poprzednika? Tutaj zdania jak zwykle były, są i będą podzielone. Muzycznie wciąż jest ciekawie (Sabbath Mater, Havohej Pantocrator), agresywnie (God=Dog) i zaskakująco (Bartzabel), ale dla odbiorcy, który produkt muzyczny odbiera holistycznie – niepodważalną wartością jest oprawa graficzna. Pomysły Sylwii Makris wymieszane ze zdolnościami Darka Szermanowicza i Grupy 13, aktorska kooperacja muzyków z modelką Melanie Gaydos skutkowały nową jakością, dzięki której motywy religijne z dzieł Memlinga, Caravaggia, Grünewalda czy Malczewskiego nabrały głębi, gustownego tchnienia. Oczywiście można nie lubić Behemoth, można z niego drwić (zgodnie z krążącym niegdyś w obiegu hasłem, że coś jest „gorsze od Samoobrony i Behemoth razem wziętych”), ale czy istnieje w naszym kraju druga tak transgresyjna we wszelkich obszarach ekipa?

Rzucam pytanie w eter, bo właśnie dojeżdżamy…

II

W kamieniołomach dymy snują się nad wypaloną żarem ziemią. I krzyże. Nie dwa, nie trzy, nie pięć… Natychmiast w mojej głowie pojawiają się sceny z teledysku Arise Sepultury, ale jakże skromnie wyglądają w porównaniu z tym, co aktualnie rozpościera się przede mną w perspektywie dwustu, może trzystu metrów. Wczesne popołudnie, upał nie odpuszcza. Krótkie przywitanie i zjazd na próbę. Ekipa składająca się z kilkudziesięciu osób haruje od rana, wszyscy czekają już na swoich posterunkach. Nie ma tu miejsca ani czasu na przypadek, toteż przypadkowych osób brak. W końcu znajduję się w samym sercu produkcji zespołu, który jeszcze nie tak dawno rządził w USA z Testamentem i Slayerem, później zmiótł Europę w towarzystwie Slipknot, ale i bez pomocy amerykańskich kolegów radził sobie całkiem przyzwoicie, o czym świadczą liczne sold outy w trakcie Ecclesia Diabolica Evropa. Skoro o niej… W styczniu 2019 roku wybrałem się na koncert w Sztokholmie. Zestaw zacny: Wolves in the Throne Room, At The Gates, Behemoth. Wrażeń nie brakowało, ale mało kto wie, ile wysiłku i energii kosztowała zespół wspomniana trasa. W historii Behemoth wskazuje się kanadyjski tour w okresie Demigod jako ten najbardziej morderczy, ale i koncerty promujące I Loved You… obfitowały w ból, pot i krew. Czy perkusista jest w stanie zagrać ponad dwadzieścia koncertów ze złamanym w trzech miejscach nadgarstkiem? Inferno dokonał w tym aspekcie rzeczy niewyobrażalnej, ale to kolejne potwierdzenie, iż światowy sukces jest efektem mozolnej pracy, konsekwencji, dyscypliny i walki ze słabościami. „Nie chcę być terrorystą w zespole. – przyznaje Nergal. Jestem zwolennikiem korzystania z używek i wszelkich dobrodziejstw, ale w rozsądnych granicach. W Behemoth trzymamy się żelaznej zasady: zero alkoholu przed koncertem. Trasa to nasza praca. Mamy do czynienia z setkami, o ile nie tysiącami ludzi, którzy zapłacili pieniądze, więc musimy traktować to z należytą atencją. Jesteśmy na scenie po to, żeby dać ludziom radość, więc nie możemy się napierdolić przed sztuką, bo wykonany chałturę. Zdajemy sobie sprawę, że Behemoth jest już bardzo wysoko i nie chcemy odpuszczać, choć musimy stawiać czoła wielu problemom – także tym wynikającym z naszej biologii. W końcu wszyscy przekroczyliśmy już czterdziestkę. Staram się uświadamiać chłopaków, że jesteśmy od siebie zależni. Mamy przed sobą dziesięć, może dwadzieścia lat grania na najwyższym poziomie. Przed nami fantastyczne rzeczy. Nie możemy pozwolić sobie na słabostki. Wręcz przeciwnie. Musimy dokręcić śrubę, jeśli myślimy o exegi monumentum”.

Próba zakończona powodzeniem, brzmienie ustawione właściwie, o czym mogą poświadczyć wściekłe szerszenie i zdezorientowane ważki. Temperatura nie spada. Słońce chłoszcze nie tylko brzuch, ale też gwałci, przypieka inne części ciała. Dwie godziny oddechu przed właściwymi nagraniami. Orion, Seth, Inferno pakują się do jeepa i wyruszają w kierunku nightlinera, Nergal w towarzystwie Światowida pada w ogień pytań. Poddaje się reminiscencjom; zagląda do kolebki Behemoth, czyli przemierza ulicę Pomorską w Gdańsku, penetruje piwnicę XII LO; przywołuje nazwy: Holocausto, Sodomizer, Desecrator; grzebie w szufladach pamięci, chcąc dorwać białe adidasy i koszulkę Blasphemy; w końcu oddaje należyty szacunek Tomkowi Krajewskiemu i Pagan Records. Wypowiedzi nie są przesiąknięte tanim sentymentalizmem, raczej dumą i radością, że minione trzy dekady nie zamknęły się tylko i wyłącznie w granicach wyznaczonych przez lasy Pomorza.

Okolice godziny 19.30… „Uwaga! Jedzie zespół”. Ekipa w gotowości, nie dostrzegam krępującego napięcia. Raczej koncentrację, wzajemne zaufanie. Widzę Arka Maltę Malczewskiego, widzę Rafała Brovara Brauera – toż to ludzie, którzy zjedli zęby na Behemoth, więc do dzieła! Kamera, akcja… Misterium rozpoczęte. Przestrzeń wypełniają nuty z Pandemonic Incatations, swoich reprezentantów ma również Satanica, Thelema.6 (cóż za moment!) i Zos Kia Cultus. W trakcie słuchania pomyślę o niebagatelnym znaczeniu Krzysztofa Azarewicza, którego potencjał intelektualny w lirycznej warstwie tak wielu utworów trudno przecenić. Każdy numer odegrany jest dwukrotnie, Nergal komentuje wykony w prosty sposób: „No i zajebiście!”, Seth traktuje krzyże z buta, tym samym entuzjazm szerzy się jak zaraza. Obrzęd wieńczą ogniste zaśpiewy, płomienne intonacje. Woń benzyny wgryzie się w noc, ukoi rozsierdzone szerszenie, uspokoi zagubione ważki.

III

Wstajemy dość wcześnie, dość wcześnie przyjeżdżamy na plan. Ukrop jeszcze większy niż wczoraj, ale jakoś się w nim uwijamy. Nieopodal las… Nie. Nie zapewni schronienia, cienia, ani krzty zbawiennego podmuchu. Wypełnia go bowiem popiół. Spalenizna. Minionej doby wspomniałem o Sepulturze, dziś kojarzę wstawki z Earth Song Jacksona. Działamy, wywiadujemy, nagrywamy. Męczę Oriona na temat niełatwej roli dyplomaty w zespole, podpuszczam Setha, wykorzystuję przyjazne nastawienie Inferno. To właśnie oni sięgną za chwilę do absolutnych korzeni Behemoth, wykonując dość mocno zakurzony repertuar z czasów tak zamierzchłych, że… pogańskich? Jak się okaże – nie tylko. Rozgrzany Seth wbiegnie w przerwie do jednego z wozów i rzuci z humorem: „Ale dziś gramy kulty, co?”, a chwilę przed finałem przytomnie podsumuje: „Jak to jest, że polskim piłkarzom się nie udało, a nam znów się kurwa udało?”…      

W ciągu trzech dekad barwy Behemoth reprezentowało kilku muzyków (m.in. legendarny Baal, Les, Havoc, Novy), to jednak od kilkunastu lat udaje się Nergalowi utrzymać stały skład. Nietuzinkowe umiejętności Inferno można usłyszeć już na EP-ce Bewitching the Pomerania, a więc rok 1997. Orion zasilił szeregi w 2003, Seth dołączył rok później. Personalną stabilizację również należy traktować jak pewnego rodzaju sukces, zważywszy na rozmaite sytuacje z przeszłości, kiedy to Nergal „traktował zespół jak prywatny folwark”. Dziś przyznaje: „Coraz częściej uświadamiam sobie, że Behemoth jest elementem mojej tożsamości, więc koledzy z zespołu również. „Hej, to ważni goście w twoim życiu. Dbaj o nich” – dumam pod koniec dnia. Nie boję się stwierdzić, że są to wręcz powiązania rodzinne. Bardzo bliskie, zażyłe. Kiedyś nie zdawałem sobie z tego sprawy, byłem strasznym gościem. Nie wiem, jak mogłem mieć wtedy ludzi wokół siebie. Z perspektywy czasu myślę, że pomimo często buńczucznej i aroganckiej postawy, wpisuję się teraz w klasyczny cytat: „49 % chuj, 51 % przechuj”. Chyba jestem już zbyt doświadczonym facetem, by waga przechyliła się w drugą stronę”. Bodajże dwa lata temu lider Behemoth tuż przed podróżą do Japonii opublikował zdjęcie z lotniska, gdzie obok kawy położona jest powieść Wiesława Myśliwskiego. Nie sądzę, by trzydziestolecie zespołu Darskiego należałoby traktować w kategoriach „ostatniego rozdania”, to jednak warto poświęcić chwilę krótkiemu fragmentowi dzieła Myśliwskiego o takim właśnie tytule. Ostatnie rozdanie… „Bo kto wie, czy nie jedynie muzyka jest tym miejscem, gdzie możemy się odnaleźć z kimś po śmierci. Nie pamięć – muzyka. Być może muzyka to nawet wspólny świat żywych i umarłych”. Nie kawa, nie piwo, nie karma dla psów, nawet nie sądy i biblijne strzępy… Muzyka. No więc gdy ona ucichnie, koczujemy w świecie żywych, czy już umarłych?

Rzucam pytanie w eter, bo właśnie odjeżdżamy…

PS Dziękuję zespołowi i Darkowi Szermanowiczowi za zaproszenie. „Behemoth to kategoria sama w sobie” – tako rzekł bard ze wschodnich krain. Jubileuszowe widowisko jest tych słów potwierdzeniem? Oceńcie sami. Najlepiej w Halloween.

Reportaż ukazał się w MUSICK MAGAZINE, nr 35 (2/2021)