Z dziewicą za kurtyną. Brykanie po publikacjach: „Iron Maiden. Infinite Dreams”/ „Iron Maiden – Iron Curtain. Poland 1986”

„Nie dostałeś? Widziałem cię na liście adresatów” – wyznał, nie kryjąc zaskoczenia, Tomek Wójcik, pracownik wydawnictwa SQN, którego przypadkiem spotkałem w krakowskim klubie Studio, tuż przed koncertem TSA. Co prawda wałęsała mi się po skrzynce mailowej informacja, że powinienem zerknąć do siedziby Poczty Polskiej, by odebrać tajemniczą paczkę. Tajemniczą, bom nic przecież nie kupował, ani nie zamawiał. Nadawcy nie skojarzyłem. Dopiero później połączyłem kropki i – niemal w ostatniej chwili – zdołałem wyrwać listonoszowi rzecz, którą szykował już do zwrotu. Rzecz? Obraziłbym twórców i wydawcę.

Nie jestem szczególnym fanem albumów. Wolę raczej przejrzystość torowaną kolejnymi zdaniami, aniżeli oczopląs wynikający z nadmiaru graficznego bogactwa, dezorientacji, pokracznego skakania pomiędzy komentarzem i zdjęciem. W efekcie kuleję na poszczególnych etapach wyścigu za tekstem, a gdy przepocony wracam do fotografii – ta, zamiast blasku – wydaje się blednąć pod presją konkurencji. Na mecie zwykle ląduję, jeśli nie z niczym, to na pewno z percepcyjnym otępieniem.

Nie bez obaw podszedłem więc do publikacji Iron Maiden. Infinite Dreams – monumentalnej księgi, w której zaklęto pięć dekad działalności jednego z najsłynniejszych zespołów heavymetalowych. Z początku nie było łatwo, ale już po kilku stronach złapałem ten rytm, tak charakterystyczny dla Maidenowej galopady. Tekst (tłumaczenie: Marcin Mortka, Robert Filipowski) nie obfituje w jakieś literackie czy biograficzne odkrycia, choć nie wiedziałem, że inspirację do utworu The Evil That Men Do stanowiła szekspirowska tragedia. Wspomnienia doczekał się również Edgar Allan Poe, a to za sprawą rękopisu Murders in The Rue Morgue z zadziornego Killers. Być może narażę się tutaj fanom Bruce’a Dickinsona, ale niewątpliwym walorem albumu są przede wszystkim zdjęcia Paula Di’Anno. „Jestem muzykiem punkowym! Jestem punkowym wokalistą!” – to słychać, czuć, przede wszystkim widać. Znakomite foty. Yungblud powinien przyznać się do swojego, starszego w wizerunku, brata. Co jeszcze? Kolekcje trasowych koszulek, plakaty, reklamy, odlotowe ujęcia Ed Force One i… okładki płyt. O tak, okładki. W rozmaitych wariantach. Majestat Powerslave, koncert barw Live After Death, precyzyjne szaleństwo Somewhere in Time, szamańska groza The Book of Souls. Granica pomiędzy kiczem i artystyczną subtelnością nie jest tu łatwa do uchwycenia, za to uczciwy odbiorca nie ma prawa krzywić się na jakość obrazu. Technologiczna maestria. Uczniom, studentom, pokoleniom wychowanym w erze YT czy Spotify, należy z uporem maniaka pokazywać: kasety, płyty CD, winyle – szczególnie te, których oprawa graficzna nie ustępuje dźwiękom i pozostaje nieodłącznym elementem dzieła.

W Iron Maiden. Infinite Dreams nie brakuje polskich akcentów. Trudno wyobrazić sobie tę historię bez wspomnień o dziurawieniu żelaznej kurtyny w 1984 roku. W tym miejscu należy jednak zajrzeć do lektury… „uzupełniającej”? Byłoby to chyba określenie krzywdzące dla Marcina Sitki – niestrudzonego badacza koncertów spod znaku „behind the iron curtain”. Rolling Stones, Depeche Mode, Marillion, Metallica (z moim tekstem; planujemy wznowienie nakładu) oraz Iron Maiden. Marcin przyzwyczaił nas do wydawniczej rzetelności. Czytelnik, oprócz książki, znajdzie w numerowanym pudełku: reprodukcje biletów, plakatów, fotografie, wszelkie gadżety, które pomagają w transmisji do specyficznych czasów PRL-u. W przypadku najnowszej publikacji, czyli Iron Maiden – Iron Curtain. Poland 1986 jest podobnie, a jednak (szczególnie w zestawieniu z tytułem dotyczącym pierwszej wizyty Maidenów w Polsce) ciekawiej. W niejednej chacie zawiśnie kolorowa reklama koncertu w Łodzi, zapewne nikomu na kupno nostalgicznej ramy złotówki nie zabraknie (ponoć zyskała na wartości). Tak więc kolekcjonerskie zabawki w punkt. Co z tekstem? Tu również pozytywne zaskoczenie zarówno pod względem graficznym, jak i merytorycznym. Autor, utrzymując chronologię zdarzeń typową dla poprzednich wydawnictw, jednocześnie uwolnił się od schematu. Rys historyczny – znakomity. Pomógł w tym pogłębiony research, wnikliwe studium prasy nie tylko polskiej, ile zagranicznej. To właśnie próba odwrócenia optyki, przyjęcia perspektywy zachodniej, pozwala głębiej (od)czytać fenomen zjawiska, jakim były koncerty gwiazd w komunistycznym państwie. I choć trudno wyobrazić sobie temat bez wypowiedzi Andrzeja Marca, Romana Rogowieckiego, polskich fotografów, muzyków, dziennikarzy, to jednak wartość dodaną stanowi tutaj Keith Sharp i – znaleziony w archiwach – artykuł jego autorstwa, opublikowany pod koniec 1986 roku w kanadyjskim magazynie „Rock Express”. Marcin Sitko potrafił docenić własne znalezisko, czyniąc zeń sprytnie ukryty napęd całej opowieści. A że w dodatku podkreślił rolę grafika Jo Mirowskiego i odnalazł jego bratanka? Kwestia dziennikarskiej wnikliwości.   

Wśród wielu fotografii, nie sposób przeoczyć tej ze stron 42-43. Symbol. Czas apokalipsy, tyle że pięć lat później w Poznaniu. Zamiast kina Moskwa, tłum metalowców przed Areną. W centrum wóz milicyjny. Starszy pan w garniturze. I dziewczynka z rowerem. „(…) Iron Maiden podziwiali magię i buntowniczego ducha ludzi, których tu spotkali. Zranieni przez system rządów, który nakłada surowe ograniczenia zarówno na ich wolność osobistą, jak i zbiorowe prawo do funkcjonowania jako automatycznej siły, Polacy wciąż zachowują kamienną twarz. Są ciepłą, uprzejmą nacją z instynktem przetrwania, która pozwoliła im przetrzymać dwie wojny światowe i wynikającą z nich sowiecką opresję” – Sharp. Takich zestawień należy odkryć więcej.  

Reasumując, fantastyczne publikacje. Polecam. Nie tylko szalikowcom Maiden. Kibice piłkarscy też znajdą coś dla siebie. Już na starcie.